Dangerous Love

I will always be in your heart. I promise

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
POV Chrisa

Sięgnąłem do swojej kieszeni, wyciągając z niej I’ Phona i wybrałem numer Justina. Wiedziałem, że w tej chwili przechodzi przez prawdziwe piekło i nie chciałem aby myślał, że został z tym wszystkim sam. Widziałem w jego oczach multum emocji, ale ta jedna, jedyna zdarzała mu się naprawdę rzadko, a gdy już przyszła utrudniała mu drogę tak bardzo, że czasami same chęci i siła woli nie wystarczały. Głęboka cisza po drugiej stronie trwała zbyt długo, przez to, że nie odbierał telefonu, wiedziałem, że coś było nie tak. Może to dlatego, że było grubo po północy, albo może to przez fakt, że gdy odwróciłem się na pięcie w stronę korytarza, którym jeszcze nie tak dawno wyszedł Jason zobaczyłem idących Brunc’a oraz Josh’a. Obaj byli przemoknięci do suchej nitki z ich włosów skapywały krople wody, a gdzieniegdzie dało się zobaczyć resztki zaschniętej krwi. Kręcąc głową, zacisnąłem szczękę, zanim ponownie nawiązałem połączenie. Mówi się, że demony zawsze znajdą drogę powrotną i martwiłem się, a może tylko przypuszczałem, że i tym razem zrobią wszystko, by skończyć to co zaczęły i tylko Bóg wie, czy on i tym razem zdoła stawić im czoła. Minuty mijały, a po drugiej stronie dalej trwała błoga cisza, wypełniająca pomieszczenie, w którym się znajdowałem. Cholera. Zrezygnowany, przerwałem połączenie i schowałem swój telefon z powrotem do tylnej kieszeni spodni zdając sobie sprawę, że dzwonienie na nic się nam nie zda, skoro jego I’ Phon został wyłączony.
- Ciągle nie odbiera ? – Spytał Nathan, trzymając w swojej dłoni telefon. On, tak dobrze jak ja czuł, że nic z tego co się dzieje, nie wróży dobrze.
- Nie. – Westchnąłem, bezwładne opadając na niewygodne plastikowe krzesło, chowając głowę w dłoniach. Napięcie dusiło nas w tej małej przestrzeni powodując tyko, że wszyscy poruszyliśmy się niekomfortowo. Dlaczego Justin odszedł od jedynej rzeczy jaka utrzymywała go przy zdrowych zmysłach ? Dlaczego wybrał samotność, gdy teraz najbardziej potrzebował nas ? Wiedziałem, że po części może to być wina jego trudnego charakteru, ale ból którego doświadczył przez ostatnie lata był niewyobrażalnie wielki i to sprawiało, że każdego dnia oddalał się od nas coraz bardziej, a przecież on sam pragnął stworzyć z nami więź, której nikt nie byłby wstanie zerwać, a gdy już się to udało wszystko, nawet ten najmniejszy kawałek zaczął się sypać. Moje rozmyślania przerwał dźwięk przychodzącego smsa. Zrezygnowany sięgnąłem po urządzenie aby sprawdzić nadawcę.
Od : Justin

Chris, jesteś dla mnie jak brat, najbliżej ci do niego, więc proszę obiecaj mi, że będziesz miał wszystko na oku.. wiem, że proszę Cię o zbyt wiele, ale nie znalazłem nikogo innego komu mógłbym powierzyć tak wielkie brzemię. Wiem, wiem, że mogę ufać każdemu z naszego gangu, ale zdecydowałem się tylko i wyłącznie na tą jedną wiadomość zanim zniknę za zawsze, więc proszę, przekaż reszcie, że dziękuję, za wszystkie spędzone chwile, akcje, kłótnie podczas, których często dochodziło do rękoczynów. Ogólnie dzięki, że byliście, że trwaliście przy mym boku. Jesteście wielcy!!
Czytałem wiadomość od niego po kilka razy, nie mogąc zrozumieć co ma ona oznaczać. Jeszcze ten napis „Jesteście wielcy”? Po raz kolejny przeczytałem wiadomość próbując cokolwiek z niej zrozumieć, wychwycić jakąś drobną podpowiedź, ale wiedziałem, że Justin nie zostawia niedociągnięć w swoich wypowiedziach. Zastanawiałbym się nad tym dalej, gdyby nie to, że dostałem kolejną wiadomość.
Od : Jason

„ Nie myśl sobie za wiele, chciałem tylko prosić Cię o małą przysługę. Przyjdź w miejsce, gdzie są najpiękniejsze zachody słońca w Californii. Na samym dole będzie stała prawdopodobnie dość wartościowa rzecz, ale omiń ją jakbyś jej w ogóle nie zauważył i wejdź na samą górę. Tam zobaczysz coś szokującego oraz nieprawdopodobnego, ale spokojnie to wszystko nie będzie pieprzonym snem. Ściągniesz ową rzecz, ale pod żadnym pozorem nie informuj o tym zdarzeniu nikogo, nawet chłopaków! Rozumiesz ?”
Jeżeli dostałeś pieprzoną wiadomość od Biebera i wiesz o co mu chodzi to mi łaskawie wyjaśnij !!
Moje oczy się rozszerzyły, kiedy dotarło do mnie co tak naprawdę zamierzał zrobić. Szybko wybrałem opcję odpowiedzi, aby dać znać również Jasonowi, gdzie ma go szukać.
Do : Jason

Na obrzeżach Californii jest klif, z którego widać całe wybrzeże. Jeśli jesteś gdzieś blisko to jedź tam i go kurwa powstrzymaj. My już jedziemy.
Kurwa ! – Warknąłem, pośpiesznie zarzucając na swoje barki skórzaną kurtkę. – On próbuje dołączyć do Leyli ! – Od samego początku, gdy go poznałem wiedziałem, że to Justin będzie głową gangu. Jego pierwsza akcja tylko nas w tym uświadomiła i przekonała, że nieugięty z niego człowiek, ale teraz każdy z naszej piątki mógł zobaczyć jak egoistyczny dupek spada na samo dno bez możliwości podniesienia się! On nas nie opuścił, gdy robiło się niebezpiecznie, więc my również go nie wystawimy. Nie czekając na pozostałych ruszyłem biegiem w stronę korytarza, by następnie wpaść na schody przeciwpożarowe, które bezpośrednio prowadziły na otwartą przestrzeń, gdzie czekało już na nas podstawione auto.
Uderzając otwartą dłonią w kierownicę po dwudziestej próbie ominięcia cholernego korku tworzącego się przez nadmierny ruchu osób, którym nie chciało się ruszyć swych tyłków, by przejść przecznicę lub dwie do sklepu czy kina, skręciłem za róg. Nie minęło dużo czasu, zanim wjechałem na czyjś podjazd, wyłączając silnik. Wyskoczyłem z auta i nie zaprzątając sobie głowy, by go zamknąć ruszyłem biegiem w stronę klifu. Nie mogłem pozwolić mu odejść!!

POV Jasona
Wychodząc, że szpitala poczułem pewnego rodzaju ulgę. Wszystko co mnie trzymało przy życiu przez ostatnie dwa lata znikło i została jedynie pusta przestrzeń, którą zakrywałem Justinem. Uprzykrzanie mu każdego dnia stało się moim hobby, ale teraz widząc go w takim stanie zrozumiałem, że nie mogę dokładać mu jeszcze bardziej. Leyla była dla niego wszystkim i wiem, że był gotów poświęcić dla niej życie, by tylko ona mogła żyć. Doskonale go rozumiałem, bo sam kiedyś pokochałem piękną brunetkę o niebieskich tęczówkach. Ja nie zdołałem jej uratować, ale on jeszcze mógł, lecz pomimo tego pozwolił sobie na poddanie się, po raz pierwszy w swoim życiu. Wsiadając do auta mój telefon zaświecił oznajmiając o przychodzącej wiadomości.
Od: Justin

Nie myśl sobie za wiele, chciałem tylko prosić Cię o małą przysługę. Przyjdź w miejsce, gdzie są najpiękniejsze zachody słońca w Californii. Na samym dole będzie stała prawdopodobnie dość wartościowa rzecz, ale omiń ją jakbyś jej w ogóle nie zauważył i wejdź na samą górę. Tam zobaczysz coś szokującego oraz nieprawdopodobnego, ale spokojnie to wszystko nie będzie pieprzonym snem. Ściągniesz ową rzecz, ale pod żadnym pozorem nie informuj o tym zdarzeniu nikogo, nawet chłopaków! Rozumiesz ?
Czytałem pierwsze linijki wiadomości, nie mogąc zrozumieć na czym polega jego mała przysługa. Miałem pojechać do miejsca, którego kompletnie nie kojarzyłem ? Kurwa gdzie są najpiękniejsze zachody słońca a Californii ? Pieprzyć jego wole. Nie będę się nad tym zastanawiał pół nocy. W pośpiechu wybrałem numer Chrisa i nacisnąłem prześlij.
Do: Chris

„ Nie myśl sobie za wiele, chciałem tylko prosić Cię o małą przysługę. Przyjdź w miejsce, gdzie są najpiękniejsze zachody słońca w Californii. Na samym dole będzie stała prawdopodobnie dość wartościowa rzecz, ale omiń ją jakbyś jej w ogóle nie zauważył i wejdź na samą górę. Tam zobaczysz coś szokującego oraz nieprawdopodobnego, ale spokojnie to wszystko nie będzie pieprzonym snem. Ściągniesz ową rzecz, ale pod żadnym pozorem nie informuj o tym zdarzeniu nikogo, nawet chłopaków! Rozumiesz ?”
Jeżeli dostałeś pieprzoną wiadomość od Biebera i wiesz o co mu chodzi to mi łaskawie wyjaśnij !!
Na odpowiedź nie musiałem długo czekać, zaledwie minutę później miałem wyznaczoną trasę i zadanie, którego nie mogłem spieprzyć. Odpalając samochód ruszyłem z piskiem opon wzdłuż ulicy, cały czas przyśpieszając. Po niecałych dziesięciu minutach skręciłem na parking koło klifu i wyłączyłem silnik. Grzmoty piorunów były słyszalne przez ostry wiatr, który prawie mnie przewrócił, gdy wysiadłem z auta. Im więcej czasu mijało, tym bardziej stawało się to wszystko szalone.
- Przysięgam, że go zamorduję.. – Wychrypiał, otulając się szczelniej skórzaną, czarną kurtką, za nim ruszył po schodkach na sam szczyt skarpy, gdzie prawdopodobnie czekał już na niego Bieber. Jego Lamborghini Veneno stało idealnie zaparkowane przy linii drzew, ale nic nie wskazywało na to, by zostało w jakikolwiek sposób naruszone. Czyli porwanie, pobicie, napaść są jak najbardziej wykluczone. Justin, nigdy nie zostawia swoich skarbów samych, a co dopiero otwartych!! Przerażenie malowało się w jego głowie, gdy sprintem pokonywał odległość dzielącą go od tego co nieznane. Moje serce stanęło, kiedy ujrzałem jego ciało bezwładnie wiszące na gałęzi drzewa. Był blady, gdzie niegdzie prawie, że purpurowy, ręce spokojnie opadały wzdłuż jego ciała, a on sam delikatnie kołysał się na wietrze niczym spadający jesienny liść. Delikatnie uniosłem jego ciało ku górze, abym mógł zdjąć ten pierdolony sznur z jego posiniałej szyi, by następnie muc ułożyć go na mokrej trawie pod nami.
- Bieber… zdaję sobie sprawę, że napisałeś tą wiadomość do mnie, bo bardzo dobrze wiedziałeś, że pomimo wszystko nie będę chciał cię ratować i pozwolę ci umrzeć… lecz teraz wszystko się zmieniło i może będę później tego żałował, ale wolę abyś był dalej wkurwiającym mnie, żywym dupkiem. – Uklęknąłem przy nim sprawdzając dwoma palcami puls, ale niczego nie wyczułem, jego serce przestało bić. – Cholera! – Nie zważając na nic, rozerwałem jego koszulkę, dokładnie wtedy, kiedy tuż przy moim boku pojawił się zdyszany Chris wraz z chłopakami. – W samą porę, trzymaj głowę nisko. – Przykładając dłonie do klatki piersiowej, zacząłem masaż serca. – Sztuczne oddychanie, teraz! – Syknąłem, w kierunku Chrisa na chwilę zaprzestając swojej czynności. Bez wahania przyłożył usta do jego napełniając Justina płuca świeżym tlenem. Ponownie zacząłem uciskać, powoli przywracając jego serce do samodzielnej pracy.
- Bieber, musisz zacząć oddychać. No dalej Justin!
- Wracaj do nas!
{*}
Szedłem wąską, kamienistą drogą, wokół mnie panowała głęboka cisza. Jedyne co słyszałem to odgłos stawianych przeze mnie kroków. Czy ja umarłem ? Nie znałem odpowiedzi na to pytanie, ale jednego byłem pewien, gdziekolwiek jestem, to nie jest piekłem.
- Jestem zmuszona przyznać ci rację, bo tam gdzie trafiłeś jest dużo gorzej. – Leyla. Przełknąłem ślinę, powoli odwracając się w jej stronę. Jej długie brązowe włosy, delikatnie opadały na jej blade, kościste ramiona. Co się z nią stało od naszego ostatniego spotkania! Wystające kości, blada skóra. Zupełnie jak nie ona.
- Justin.. chcę, żebyś o czymś wiedział. Więc proszę, wysłuchaj mnie. – Gdy jej głos załamał się, moje serce pękło. Nie mogłem pozwolić, by była w takim miejscu zupełnie sama. Chciałem do niej podejść i ją przytulić, ale gdy zrobiłem krok do przodu zatrzymała mnie. - Kochanie, nie możesz tego zrobić jesteś w innym świecie i jeśli go przekroczysz wszystko zniknie, łącznie ze mną.
- Justina…. Ja wiem, że bardzo cię boli, ale proszę wróć do nich. Chłopaki ciebie potrzebują, Jason cię potrzebuje, ja cię potrzebuję. Wiem, że trudno w to uwierzyć, zwłaszcza, że jestem tu, gdzie jestem, ale musisz mi uwierzyć. Została mi równo godzina i jedyną osobą, która może mnie uratować jesteś ty. – Wyszeptała, delikatnie się uśmiechając.
- Wrócę, ale pod jednym warunkiem…. złożymy sobie obietnicę, która przetrwa wszystko. Zgadzasz się skarbie ? – Kiwnęła głową, podchodząc do linii, której ja nie byłem wstanie zobaczyć. Ciemność jaka ogarniała to miejsce była tak czarna, że z trudnością mogłem dostrzec grunt pod nogami.
- Skup się na moim głosie. Tam gdzie jesteś wszystko co dobre jest zakazane, więc gdy tylko usłyszysz szelest za sobą, szept, krzyk, lub poczujesz porywiste podmuchy wiatru nie odwracaj się za siebie i pod żadnym pozorem nie wolno ci przerwać obietnicy, tak więc skup się na mnie kochanie. – Wyszeptała, kładąc swoją drobną dłoń na sercu. Oczywiście poszedłem za jej ruchami i zrobiłem to samo.
- Ja Leyla Braun, przysięgam być z Tobą gdziekolwiek pójdziesz, pójdę za tobą. Jeśli wybierzesz dłuższą drogę powrotną to ja również. Jeśli będziesz walczyć, będę walczyć razem z tobą i jeśli zginiesz Justinie Drew Bieberze, to zginę razem z tobą. Jeśli umrzesz to i ja umrę, a proszę uwierz mi, że nie jestem gotowa, aby opuścić ten świat. Mamy tyle rzeczy do zrobienia – jeszcze tyle przed nami. Cudowne chwile, zwariowane dni i nas dwoje zanurzonych po same końce w sobie. Kocham Cię Justinie. – Cień uśmiechu wkradł się na jej rozpromienioną twarz. Czym sobie zasłużyłem, że mam tak piękną dziewczynę przy swym boku ?
- Ja Justin Bieber, przysięgam Ci Leylo, że zawsze będę stał u twego boku, chronił cię. Nie pozwolę abyś cierpiała przez moje błędy, nie pozwolę na to, aby jakiś skurwysyn mógł cię kiedykolwiek tknąć. Jesteś moim aniołem w białych skrzydłach i nie ważne gdzie poniosą cię twe szczupłe nóżki.. ja będę przy tobie. Poprzez wiatr, burzę, wodę czy ogień żaden z żywiołów nie będzie wstanie mnie powstrzymać, gdy będziesz mnie potrzebować. Zawszę będę stał na straży, bo Cię kocham, aż po grób. To obietnica księżniczko.
Krzyki za jego plecami były coraz głośniejsze. Czuł ból tysiąca dusz błąkających się po tym świecie czekających na sprawiedliwy wyrok, który mógł nigdy nie nadejść. Jego nogi odruchowo zaczęły sunąć w jej kierunku nie zdając sobie sprawy co tak naprawdę robi, ale kto miałby go powstrzymać skoro jedyna osoba, która była do tego zdolna stała po drugiej stronie z lekkim uśmiechem na twarzy czekając na jego gorące, umięśnione ramiona, w których mogła poczuć się choć na chwilę bezpiecznie.
- Justin …. – Jej cichy szloch sprawił, że tylko przyśpieszyłem kroku, chcąc być jak najbliżej niej. Nie mogłem dłużej patrzeć na obraz malujący się przede mną, więc czym prędzej przeskoczyłem dzielącą nas linię lądując tuż przy jej boku. Obudził się we mnie instynkt i z całej siły docisnąłem jej drobne ciało do swojego, szepcząc do jej ucha kojące słowa, które choć na krótką chwilę pozwolą jej zapomnieć o całym świecie.
- Dziękuję Ci za to, że pomimo bólu nie odwróciłeś się. Jeśli byś to zrobił, nie mielibyśmy tych paru minut dla siebie. – Wyszeptała, delikatnie odsuwając się ode mnie. Moja wytrwałość jest przepustką do Leyli. Teraz wiem, że mimo tego iż siedzimy w tym niebezpiecznym świecie razem to ona trafi do lepszego miejsca, miejsca, w którym mnie nie ma.
- Obiecaj mi, że gdy wrócę i będę walczył o to abyś i ty wróciła, dasz z siebie wszystko, by tak się stało.
- Obiecuję Justinie.
Nagle wokół nas zrobiło się przeraźliwie ciemno, a tuż nad naszymi głowami błysnął piorun. Klatka piersiowa zabolała mnie niesamowicie, a serce powoli słabło, kawałek po kawałku wysysając ze mnie życie. W całym pomieszczeniu słychać tylko spadające krople deszczu oraz huk piorunów i przeszywający kobiecy krzyk.
- Nie pozwól aby macki ciemności kontrolowały twoje życie, to ty o nim decydujesz.
- Skup się na mnie, na moim głosie, dotyku, biciu serca. – Ponownie słyszę ten kojący głos, jest on mi znany, ale za razem taki daleki. Więc idę dalej szukając swojego anioła, w białych skrzydłach.
- Ja Leyla Braun przysięgam być z Tobą gdziekolwiek pójdziesz, pójdę za tobą. – Słyszę ten aksamitny głos odbijający się echem po białym jak śnieg pomieszczeniu. Z ciekawości rozglądnąłem się dookoła i pierwszą rzeczą jaką napotkały moje oczy to długi korytarz.
- Justin…
Dokąd mam iść ? – Krzyknąłem, idąc dalej wąskim korytarzem, który zdaje się nie mieć miejsca. Ponownie rozglądam się, widzę zdjęcia roześmianej pary, ku mojemu zaskoczeniu jestem tam ja, trzymam dziewczynę w swoich objęciach i szepczę jej coś do ucha, lecz nic z tego nie pamiętam. Wreszcie widzę światło, więc zaczynam biec. Jestem coraz bliżej i bliżej. Otwieram duże szklane drzwi i wchodzę do właśnie gdzie ? Nic nie widzę tylko słyszę głosy.
{*}
- Bieber, musisz zacząć oddychać. No dalej Justin!
- Wracaj do nas!
Chris. Jason. Chłopaki. Płuca podjęły pracę, ja sam jak sądzę zacząłem nabierać kolorów. Czując przypływ siły zamrugałem kilka razy, a chwilę później otworzyłem oczy.

________________________________________
Hejj :*
Rozdział trochę późno, ale zakończenie roku szkolnego było dla mnie straszne trudne. Te wszystkie pożegnania, gratulacje. Obiecałam sobie, że nie będę płakać, a tu proszę makijaż rozmazany. Nie wieżę, że to tak szybko minęło. Będę tęsknić za najwspanialszą klasą ever <3 Zastanawiam się czy ktoś chciałby zobaczyć jak wygląda autorka :) Jestem ciekawa czy ktoś się kiedykolwiek zastanawiał.
Myślę, że rozdział jest średni, ale to już wam pozostawiam ocenę.
- Przysięga Leyli jest w połowie moja w połowie nie. Zaczerpnęłam inspirację z filmu Szybcy i wściekli 7.
Życzę miłego czytania :* :*

04.07.2015 o godz. 15:02
Bez życia odwrócił się, by spojrzeć swoimi przepełnionymi bólem oczami na smukłą sylwetkę dziewczyny, która teraz była pozbawiona jakiegokolwiek blasku. Jej policzki były zapadnięte, a oczy nie wyrażały nic poza smutkiem. Mimo tego, że dla wszystkich innych była martwa to dla niego wciąż istniała i tak bardzo jak chciał, by ta chwila trwała wiecznie to musiał pozwolić jej odejść. Zrobił krok do przodu wiedząc, że coś było nie tak i wcale nie chodziło mu o otoczenie w którym przebywali, chodziło o ich życie i to jak diametralnie się zmieniło. To wszystko na pewno nie było częścią planu, nie miało to najmniejszego sensu, ale gdy czas mijał, a postać Leyli dalej stała nieruchomo naprzeciwko niego zrozumiał, że dręczący go niepokój tego, co mogło się za chwilę stać był przerażający. Znał tą ciszę, która panowała na około nich i nigdy pod żadnym pozorem nie kończyła się dobrze, przynajmniej nie dla ludzi, na których mu zależało. Ona była kimś wyjątkowym w jego świecie i choć znała ten mroczny kawałek jak własną kieszeń to nadal uważał, że była niewinną częścią układanki, która przyjmowała uderzenia za nich wszystkich. Jednak nie ważne jak bardzo starali się bronić ludzi na około nich to i tak zawsze ktoś znalazł sposób, by ich zranić. Nie miał wątpliwości, że kiedyś nadejdzie moment, w którym będzie musiał założyć na siebie czarny garnitur i wyjść ze swojego pokoju prosto na sączący się z burzliwego nieba deszcz, by złożyć hołd któremuś ze swoich braci, ale nigdy nie pomyślał, że będzie to osoba, którą bezwarunkowo kochał.
- Kładę kres temu wszystkiemu. – Spokojnie przejechał wewnętrzną stroną dłoni po włosach, ciągnąc za ich końce. – Nie mogę istnieć w świecie, w którym nie ma ciebie. – Wychrypiał, kontynuując wlewanie w siebie przezroczystego trunku.
- Nie waż się tak mówić, zawsze będę blisko ciebie.. – Wyszeptała, delikatnie dotykając opuszkami palców chłodnej skóry Justina. – W każdej minucie, w której będziesz mnie potrzebował. – Uśmiechnęła się, jakby jeden gest z jej strony miał sprawić, że cały jego smutek i ból wyparuje, a pozostanie jedynie błogi spokój.
- Jakby to co mówisz było wielką prawdą. – Zaśmiał się, strącając jej dłoń z policzka.
- Bo to wszystko jest prawdą! Justin ja jeszcze nie odeszłam, dalej walczę o życie na tym przeklętym szpitalnym łóżku! – krzyknęła, jej żyły pulsowały pod skórą, rozdzierając na strzępy resztki jej nadziei.
- Teraz to już na pewno wiem, że pieprzysz głupoty Leyla. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Jesteś martwa, a to co teraz widzę to tylko złudzenie. Pieprzona nicość i dobrze o tym wiesz. – Spojrzał w górę na efektywne niebo pokryte kobiercem śnieżnobiałych gwiazd, które rozjaśniały głęboką czerń. Ono posiadało już swoją cząstkę konstelacji, która rozświetlała jego wnętrze, a jego było puste i zimne bez ponownej możliwości oderwania się od rzeczywistości jaka go otaczała. Piorun, który chwilę później pojawił się na ciemnym niebie oddał całe wewnętrzne uczucie dwojga ludzi obserwujących gwiazdozbiory, które były dokładnym odzwierciedleniem ich dusz.
- Kogo chcesz oszukać Justin ? – Zmarszczyła brwi, podchodząc bliżej wysportowanego ciała. Chwyciła jego podbródek chcąc, by przez chwilę na nią spojrzał, a gdy to zrobił poczuła na swojej skórze ciarki. Jego wzrok był lodowaty, pusty, nie wyrażał nic poza gniewem, a przecież przez te wszystkie lata, odkąd miała okazję poznać go bliżej, nigdy nie widziała go, aż tak zrozpaczonego. Westchnęła na wspomnienie Biebera. Dokładnie pamiętała w jakim stanie znaleźli go chłopaki i wszelkie próby wymazania tamtego dnia ze swojej pamięci okazały się porażką, nie tylko dla niej, ale dla wszystkich.
- Wiem, że to wszystko co się zdarzyło w naszym życiu było popieprzone, ale popatrz na to z innej strony wszystko co robiliśmy było dla czegoś lub kogoś. Starałeś, wszyscy się staraliśmy chronić siebie nawzajem, ale nie zawsze możemy zapobiec jakiemuś zdarzeniu i musimy się z tym pogodzić. Nie ważne czy tego chcemy czy nie, trzeba iść dalej i nie oglądać się za siebie!
- Leyla nic co się nam przydarzyło nie było dobre, popełniłem w życiu tak wiele błędów, że sam siebie nienawidzę. Nienawidzę każdej cholernej sekundy mojego życia, a wiesz dlaczego ? Ponieważ przez pieprzone 18 lat nie zrobiłem nic poza krzywdzeniem innych. Zabijałem tylko po to żeby przeżyć i zabawne jest to na czym to polega…. Dzisiaj wszystko się spierdoliło, wszystko co zrobiłem nie było na tyle wystarczające by uratować ciebie. Umarłaś Leyla! Nie ma ciebie, a skoro nie ma ciebie – nie ma także mnie, bo przegrałem z własnej winy. – Spoglądając na nią zaszklonymi oczami, wzruszył bezradnie ramionami cofając się do krawędzi dachu. Obrócił się, uniósł brodę, jakby nic dla niego nie miało już sensu, a jedyne o czym marzył to przeciwstawienie się temu co miało mu przynieść wieczny spokój. Uśmiechnął się robiąc kolejny krok do przodu, prawie spadając w dół na mokry asfalt. Jednak zapomniał, że jego anioł struż czuwa i nie pozwoli mu tak łatwo odejść z tego świata. Szybko sięgnęła, by złapać go za rękę, jednak Bieber wyrwał ją i przeniósł do przodu tak, żeby nie mogła zrobić tego ponownie. Przewróciła oczami, czasami potrafi być taki uparty. Przysunęła się z gracją wywołując prawdziwy huragan wokół Justina, który uniósł jego sylwetkę na tyle wysoko, by jej drobne ręce mogły owinąć się wokół jego ciała.
- Czemu to zrobiłaś ? tak ciężko pogodzić ci się z tym, że nie chcę być dłużej żywym. Praktycznie jest to niemożliwe, że jeszcze tutaj jestem. – Krzyknął, jego żyły stały się widoczne, pulsujące pod rozgrzaną skórą.
- Jeszcze nie czas, żebyś odchodził.
- Nie pamiętam, żebym pozwolił ci decydować o moim życiu. – Jego oczy niebezpiecznie błysnęły, cała złość powróciła, gasząc resztki człowieczeństwa.
- Tak po prostu zamierzasz zmarnować sobie życie ? Zawsze powtarzałeś, że w twoim słowniku nie istnieje takie słowo jak „ poddać się”, dążyłeś do celu nawet wtedy, gdy jego osiągnięcie było niemożliwe, ale to właśnie Twoja determinacja, zawziętość, upartość pozwalały ci na jego osiągnięcie. Justin dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych….. – Wykrzyczała, łapiąc jego dłoń. Podwinęła rękaw skórzanej kurtki odsłaniając przedramię pokryte w całości tatuażami, by chwilę później wskazać mu jeden z nich. – Pamiętasz dzień w którym mi go pokazałeś ? – Skinął głową. – Stwierdziłeś wtedy, że jest on dla ciebie najcenniejszy. Na początku nie wiedziałam dlaczego ma on dla ciebie, aż tak wielką wartość, ale teraz rozumiem. Nie zrobiłeś go tylko dlatego, że ci się spodobał, zrobiłeś go dlatego, że przypomina ci o trudnościach w twoim życiu, o walce jaką stoczyłeś nie tylko ze sobą, ale także z wrogami i własnymi słabościami. Przypomina ci Justina sprzed tych kilku lat – chłopaka, który wprawdzie pozbył się wszystkich uczuć, ale nie zapomniał kim tak naprawdę jest i ile znaczą dla niego poszczególne osoby. Nigdy nie byłeś obojętny w stosunku do swojej rodziny i przyjaciół nawet wtedy, gdy najbliżsi twojemu sercu ciebie znienawidzili to i tak po mimo tego byłeś gotowy poświęcić swoje życie, by oni mogli żyć. Zrobiłeś tak wiele dla innych, że teraz nie doceniasz sam siebie, ale za to ci ludzie, którym pomogłeś są tobie wdzięczni i już zawsze będą, więc przestań myśleć o sobie jak o potworze, bo wcale nim nie jesteś! – Wyszeptała, delikatnie głaszcząc jego policzek cały czas bacznie mu się przyglądając.
- Tak wiele o mnie wiesz kochanie… Ale nie zmienię swojej decyzji, nie ma już dla mnie drugiej opcji, nie ma planu „B”. – Wychrypiał, upuszczając na wpół pustą butelkę.
- Zawsze jest jakiś wybór, tylko ty go nie dostrzegasz… lub nie chcesz dostrzec. – Zrobiła krok do tyłu, kręcąc z niedowierzęniem głową. Łzy swobodnie spływały po jej chłodnych policzkach, zamazując obraz przed oczami, jednak nie odważyła się ich otrzeć. – Spójrz co robisz! Planujesz dzisiejszej nocy ostatnią w swoim życiu jazdę, tylko ta ostatnia próba nie pozwoli ci jutrzejszego poranka przekroczyć progu tego domu. Nigdy więcej nie ujrzysz uśmiechniętych twarzy przyjaciół, nie poczujesz tej więzi, która przerodziła się w braterstwo, nie zostanie stracone czy zapomniane. Ustal to na własną rękę, ale pamiętaj, że kiedy już postanowisz i linia zostanie przecięta stracisz wszystko i wszystkich, cała ta daleka droga, którą przeszedłeś zostanie utracona. – Szepnęła. – Światło prowadzi Twoją podróż i gdy odejdziesz zachowam wszystkie wspomnienia, a kiedy udasz się na swoją pierwszą przejażdżkę po granicy nieba i ziemi, pamiętaj, że zawsze każda droga prowadzi Cię do domu. Cholera, kto by się spodziewał, że po tych wszystkich dobrych rzeczach przez, które przeszliśmy to ja będę żegnać ciebie, a nie ty mnie. Wiem, że tego nie było w planach, ale teraz stojąc tutaj i rozmawiając z Tobą nie myślę o niczym innym jak o innej ścieżce, na której już nie będę miała szansy Cię zobaczyć, ale twój głos, uśmiech, śmiech będą zawsze w moim sercu. Na zawsze pozostaniesz w moich wspomnieniach, bo mam tą cholerną nadzieję, że tak nie będzie zawsze i pewnego dnia, gdy się obudzę, a ciebie już nie będzie zrozumiem, że przeszedłeś długą drogę stamtąd gdzie to się zaczęło. Obiecuję, gdy znów Cię zobaczę, nie pozwolę ci odejść, a więc ty nie pozwól odejść mi!.... Kocham Cię Justin. – Wyszeptała, mocno wtulając się w jego ramiona na kilka długich minut, gdy po chwili poczuła na swoim ramieniu coś mokrego.
- Ja Ciebie też skarbie! – Wyszlochał, delikatnie kołysząc ich ciałami na boki. – Nie mogę wytrzymać bez Ciebie jednego dnia, a co dopiero resztę życia… nie możesz odejść Leyla.. – Złożył pocałunek na jej czole, mocniej ją do siebie przytulając. Zadrżała powoli się odsuwając. – Żegnaj. – Powiedziała, po czym zniknęła.
- Leyla! – Krzyknął, w środku błagając, by to wszystko okazało się kiepskim żartem. Nie mogła przecież zostawić go po raz drugi, prawda ? Przecież powiedziała przed chwilą, że mnie kocha… powiedziała, że mnie nie zostawi, więc dlaczego jednak postanowiła to zrobić ? ……. Potykając się ruszył w kierunku uchylonego okna, uklęknął zeskakując na drewnianą podłogę i zszedł na dół po schodach, lekko się chwiejąc. Nie mógł znieść tego bólu, który z każdym następnym krokiem stawał się coraz większy, rozprzeszczęniał się po jego sercu jak ogień po płonącym domu, niszcząc każdy jego skrawek. Jak mam nie myśleć o rodzinie, skoro rodzina to wszystko co mamy ? Większość naszej drogi przeszliśmy razem, byliśmy gotów wskoczyć za sobą w ogień, ale teraz to ostatni raz, gdy mam zamiar wyruszyć z wami w podróż.
- To ostatnia szansa, by zrobić co w Twojej mocy.
Czując jak jego pierś zaciska się na te słowa, Justin ruszył w kierunku drzwi, zgarniając po drodze kluczyki od samochodu. Nie mógł tak po prostu opuścić tego miejsca, wiedząc, że już nigdy więcej nie będzie miał prawa wracać tu, gdzie to wszystko się zaczęło. Nie po tym co wkrótce planował zrobić. Zarzucił kaptur czarnej bluzy na głowę i wyszedł zostawiając całe jego dotychczasowe życie za sobą. Położył ostrożnie niewielkich rozmiarów kopertę na siedzeniu pasażera i odpalając silnik swojego sportowego auta odjechał. Kiwając głową, docisnął pedał gazu, przyśpieszając do 200 km/h, niebezpiecznie skręcając za róg lekko zboczył z drogi. Niepewność dusiła go w tej małej przestrzeni sprawiając, że poruszył się niekomfortowo. Chciał zawrócić, ale wiedział, że na nic się to nie zda, a może tylko zaszkodzić. Nie chciał, żeby cierpieli. Pragnął tylko tego, by każdy z nich był szczęśliwy na swój własny sposób. Wkrótce mieli o tym zapomnieć, ale jak skoro jego własny cień chodziłby po domu przypominając im, że jej już nie ma ?
{*}
Tamtej nocy, kiedy po raz pierwszy od bardzo dawna zobaczyłem ją coś we mnie pękło. Nie byłem już tą samą osobą sprzed lat, kiedy się spotkaliśmy. Zmieniłem się, lecz nie na lepsze, byłem obojętnym człowiekiem, niczym się nie przejmowałem, nic mnie nie obchodziło, a teraz ? Nie mam pojęcia kim jestem.
Po kilku sekundach Leyla postanowiła przerwać ciszę.
- Czemu to zrobiłeś ?
- Nie mam pojęcia o co ci chodzi. – Warknął, zaciskając pięści.
- Mogłeś zginąć!
- Przestań! Gdyby Ciebie tam nie było już dawno leżałby sześć stóp pod ziemią, a ty dobrze wiesz, że mnie nie da się zniszczyć. – Zaśmiał się, szybko zmieniając temat rozmowy, lecz ona dalej stała tam z splecionymi dłońmi czekając na odpowiedź.
- Dobra! Śledziłem cię, zadowolona ? – Złość dosłownie kipiała z niego. Widać, że demony wracają. – Dostałem zlecenie, więc musiałem je wykonać inaczej to ja byłbym martwy!
{*}

Minęło trochę czasu, zanim wjechał na parking koło wybrzeża. Gasząc silnik, wysiadł z samochodu, zabierając ze sobą kopertę oraz paczkę papierosów i ruszył wolnym krokiem na klif. Gdy dotarł na sam szczyt, usiadł na brudnej ziemi odpalając papierosa. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz palił, wydawało mu się, że było to wieki temu, a może ledwie parę miesięcy ? Wzruszył obojętnie ramionami, rozrywając drżącymi rekami kopertę. W środku znajdowały się pliki zapisanych kartek i kilka małych pudełeczek. Nic z tego nie rozumiał, więc rozłożył całą zawartość naprzeciw siebie i zaczął studiować je dokładnie, aż trafił na… list zaadresowany do niego. Chwilę się wahał, ale jednak postanowił go przeczytać.
Drogi Justinie!
Od naszego pierwszego spotkania minęło już parę dobrych lat. Pierwsze miesiące bez Ciebie były dniami ciężkimi, praktycznie w pełni niewykorzystanymi. Noc przeistaczała się w dzień, a dzień w noc i wiem, że już o mnie zapomniałeś choć obiecywałeś, że zawsze będziesz o mnie pamiętał. Nie wiem kim byłam dla Ciebie i pewnie już nigdy się nie dowiem, ale mogę powiedzieć kim ty byłeś i będziesz dla mnie zawsze. Jesteś moją miłością, tą upragnioną, o której śniłam nocami. Jesteś moim rycerzem w białych jak śnieg skrzydłach. Wierzę, że jesteś moim aniołem, który będzie bronił mnie przed złem, wierzę, że przy tobie nic mi się nie stanie, że będę bezpieczna w twoich silnych ramionach. Pamiętam dzień, w którym zobaczyłam cię po raz pierwszy. Stałeś oparty o maskę swojego samochodu ubrany od stóp po czubki głowy w czarne skórzane ubranie. Pamiętam twoje oczy, które pod wpływem światła zmieniały kolor z brązowych na zielone, twoje spojrzenie, które nie raz zapierało mi dech w piersi. Czas, który z tobą spędziłam był wyjątkowy, bo wiedziałam, że nigdy nie będzie czasem straconym. Przez ciebie nie mogłam spać po nocach, martwiłam się o ciebie, o to czy wrócisz następnego dnia po tym wszystkim, ale ty ani razu mnie nie zawiodłeś, każdej nocy obiecywałeś, że wrócisz cały i zdrowy, że nic ci nie będzie. Zawsze dotrzymywałeś słowa, naszej małej obietnicy. Myślałam, że odejście od Was było najlepszym wyjściem. Jednak, tamtego wieczoru wszystko stało się inne. Twoje usta, oczy błagające o drugą szansę. Zdawałeś się taki kruchy, inny niż otaczający cię ludzie. Nie myliłam się. Pokazałeś mi prawdziwego siebie, pokazałeś, że potrafisz kochać. Nie byłeś już tym oschłym chłopakiem, po prostu ukrywałeś się, chowałeś się za maską, bo tak było lepiej. Bałeś się ją ściągnąć, możliwe, że dalej masz ją na sobie, ale kiedy ujrzałam twe prawdziwe oblicze, zrozumiałam, że nigdy się nie myliłam co do ciebie. Niestety wszystko ma swój koniec. Dziękuję za chwilę szczęścia, za miłość, za to, że mogłam być przy twoim boku. Otrzymałeś drugą szansę, dlatego proszę nie zmarnuj jej i na nowo ułóż swoje życie. Będę o wiele spokojniejsza, gdy będziesz miał obok siebie kogoś wyjątkowego. Osobę, która na ciebie zasługuje….. Nie zmieniaj się, bądź zawsze taki, jaki byłeś podczas chwil spędzonych ze mną. Tamtej nocy nie miałeś humoru, byłeś wkurzony. Nie obchodziło cię to co miałam do powiedzenia, gdy traktowałeś mnie jak dziwkę, zawsze miałeś swoje zdanie. Czy chciałeś to przyznać, czy nie zależało ci na mnie, wywnioskowałam to wtedy, gdy mnie uratowałeś. Zawsze było coś co ciągnęło ciebie do mnie, nie pozwalało ci to pozwolić mi odejść. Kochałeś mnie, ale nie miałeś jaj, by się do tego przyznać. Wtedy po tym incydencie zabrałeś mnie do siebie, płakałam pod prysznicem dobre pół godziny, a tobie łamało się serce. – Na chwilę przestał czytać. Po jego policzkach spływały słone łzy, nie wiedział, że napisała list, w którym postanowiła wyznać co do niego czuje. Nie spodziewał się tego, bynajmniej miały to być skierowane wyzwiska w jego osobę, ale ona opisała tak wiele dobrych cech jego charakteru. Noc, podczas której usłyszałem jej płacz, była najgorszym wspomnieniem, bo wtedy obiecałem sobie, że będę ją chronić. – I po latach na nielegalnych wyścigach znów cię spotkałam. Pierwszy pocałunek, sex, wyznanie miłości. Nie myśl, że nie słyszałam co mówiłeś jak byłam w karetce, to dla ciebie miałam tą cholerną wolę walki. Mieliśmy swoje wzloty i upadki, ale mimo przeszkód zawsze znaleźliśmy sposób, by sobie wybaczyć. Tyle razy próbowałeś mnie od siebie odsunąć, tłumacząc, że jesteś zagrożeniem, ale to była nieprawda. Byłeś słodki, ahhh tak przepraszam w twoim słowniku również nie ma tego słowa. Jak ty to mówiłeś, że byłeś…. Hmm… gorący czy seksowy ? Nie pamiętam. Tyle wspólnych chwili, a jeszcze więcej przed nami. Cholera będę musiała ustalić ci grafik na sex, bo wiem jaki z ciebie napaleniec! Chcę, żebyś pamiętał, że każda droga prowadzi do mnie czy ciebie, bez względy na wszystko.
Chwytaj dzień Justin, Kocham Cię Leyla!!
- Kurwa! – Zamachnął się i wrzucił paczkę papierosów wraz z zapalniczką do oceanu.
- Kurwa! – Justin krzyczał, chcąc wyrwać się z tego wszystkiego. Był uwięziony we własnym wnętrzu i nie był w stanie wydostać się z tej bariery rzeczywistości, która go otaczała. Chciał poczuć ból, tej rzeczy, z którą walczył przez lata. Chciał tej ciemności, drugiego siebie, złego Justina Biebera, który nie martwił się o nic. Po raz pierwszy chciał, by nim zawładnęła, by wyszła z cienia i zabrała go z powrotem w to miejsce, które znał tak dobrze. Oni byli jego drugim domem, miejscem gdzie to wszystko się zaczęło. Nie było tam zmartwień, lepszych osób, był tylko on sam martwiący się o swój własny tyłek i to, komu wpakuje kolejną kulkę w łeb.
Zimna krew, która krążyła w jego żyłach nie pozwalała mu spać w nocy, a jedyne co mógł robić to bezczynne wgapianie się w idealnie zakonserwowane drzwi swojego pokoju, czekając, aż noc zamieni się w dzień. Miał ochotę na ten gorzki koniec, którego nie raz był blisko, ale zawsze ktoś znalazł sposób, by go uratować.
Przestań zachowywać się jak pieprzona cipa, którą się stałeś. To czas, byś w końcu pokazał, że jesteś jeszcze coś wart. - Cichy głos rozbrzmiał w jego głowie, ponownie kontrolując jego stan. – Oni już dawno postawili na tobie krzyżyk.
- Oni chronili cię przed samym sobą, trwali przy tobie, gdy wszyscy inny się poddali oznaczając cię na czarno. – Przez natłok myśli, zaczął tracić rozum. Z jednej strony chciał udowodnić, że wcale się nie zmienił, ale jak miał trwać w tym świecie sam!. Telefon wrzucił na siedzenie, a z bagażnika wyciągnął metalową skrzynię oraz sznur po czym wrócił na klif, gdzie stało osamotnione, stare drzewo. Zrobił węzeł i zawiesił linę na jednej z mocniejszych gałęzi, tak, by wytrzymała jego ciężar. Nie wiedział dlaczego wybrał akurat to miejsce. – Może dlatego, że masz nadzieję, że ktoś cię zauważy i przybiegnie z pomocą. – Usłyszał drwiący głos. Ustawił kawał metalu tuż pod zwisającym sznurem i wszedł na niego. – Za chwilę się spotkamy skarbie. – Założył na szyję stryczek. Ostatni raz nabrał powietrza do płuc i skoczył. Sznur zacisnął się mocniej na jego skórze, z trudem pozwalając na zaczerpnięcie ostatnich oddechów. Chwilę później zrobiło się mu czarno przed oczami, ręce opadły wzdłuż ciała. Wszystko ucichło.
________________________________________
Hejj :*
Przepraszam, że rozdział dodaję tak późno, ale nauka zajmuje mi większość dnia. Niedługo zakończenie roku szkolnego, więc poprawiam oceny, szykuje się nowa szkoła, której jeszcze do końca nie wybrałam. Co do rozdziału hmm końcówkę pisałam na siłę, nie miałam weny, ale tak bardzo chciałam go już dodać, żeby bardziej nie przeciągać. Wiem, że rozdział może być kiepski i zawieść niektórych za co przepraszam.
{*} – ten znak oznacza wspomnienia.
Jak wrażenia ? Domyślaliście się, że Justin i Leyla znali się już wcześniej ? Hahaha tak jestem okrutna, ale mam dla was jeszcze parę wielkich niespodzianek ? Jak myślicie Justin przeżyje ?
Życzę miłego czytania i jeżeli dobijecie przynajmniej do 6 komentarzy to rozdział 18 pojawi się za tydzień. <3

26.04.2015 o godz. 15:19
Stał przyciśnięty plecami do obdartej ściany, schowanej w głąb cienia wypuszczając dym papierosowy, który po krótkiej chwili omiótł twarz Coopera. Wisiał do góry nogami, jego nogi zostały związane łańcuchami natomiast ręce luźno zwisały po obu stronach głowy. Krew spływała strużkami z jego rozwalonej skroni tworząc czerwono czarną kałużę tuż pod jego na wpół zmasakrowanym ciałem.
Czas mijał w oddali słychać było głośną muzykę oraz warkot silników samochodowych. Deszcz lał się z ciemnego burzliwego nieba, ale nawet to nie było wstanie przeszkodzić mu w dokończeniu planu, który został dopracowany z każdym najmniejszym szczegółem. Długo to nie zajęło, ale poszłoby szybciej gdyby o czwartej rano do jego domu nie wparował Jason krzycząc i wymachując bronią jakby właśnie uciekł z jakiegoś szpitala psychiatrycznego.

{*}

Brunce, John i Justin siedzieli w salonie cicho rozmawiając i analizując wielki kawał papieru na, którym znajdował się plan opuszczonego od szesnastu lat magazynu. Wszyscy wiedzieli nawet zbyt dobrze do czego służył, służy i będzie służył jeszcze przez dłuższy czas, przynajmniej tak się wydawało Justinowi, który nie zdążył odkryć drugiego dna tamtej nocy. Zawsze wydawało mu się, że do wybuchu doszło przypadkowo, ale nie wiedział, że to wszystko zostało zaplanowane z rocznym wyprzedzeniem. Zsunął jedną kartkę i spojrzał na zdjęcie zwęglonego ciała. Przypadkowa osoba nie zobaczyłaby nic nadzwyczajnego, ale on podobnie jak i Nathan widzieli tam cień pochylonej sylwetki. Oboje przysięgli w tamtej chwili, że nikomu o tym nie powiedzą nawet jeśli mieliby przypłacić za to życiem.
- Zaczekamy na nich w rozwalonej części i zaatakujemy, kiedy najmniej będą się spodziewać. – Warknął rysując dość skomplikowany schemat na samym środku planu pomieszczenia. Z każdą kolejną linią jego oczy pochłaniała niewyobrażalna ciemność, każdy skrawek był pokryty czernią i nikomu nie przyszłoby do głowy, że mogłaby być ona aż tak głęboka.
- Zaczniemy tutaj, a skończymy dopiero gdy upewnię się, że każdy z tych skurwieli jest kurwa martwy!.- Zamachnął się i rzucił nożem przez całą długość salonu, a kiedy ostry koniec wbił się w drzwi one z rozmachem otworzyły się i stanął w nich Jason. W jednej dłoni trzymał broń, a w drugiej jakiś skrawek poplamionego krwią papieru. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie, oczy były zwężone do granic możliwości, a z włosów ciekły krople wody.
- Pomyliłeś okolice kretynie psychiatryk znajduje się po drugiej stronie ! – Warknął zaciskając pięści. Wściekłość zawładnęła jego ciałem sprawiając, że wszystko w nim zawrzało. Każda nawet najmniejsza komórka jego ciała chciała chwycić broń, nóż wszystko jedno byleby zadało mu to ból jaki on pozostawił w jego życiu.
- Bardzo kurwa zabawne . – Warknął, zatrzaskując drzwi i wszedł do salonu, po drodze zgarniając leżącego na komodzie laptopa, by chwilę później usiąść na oparciu fotela. Włączając go rozwinął kartkę, którą do tej pory trzymał w zaciśniętej pięści po czym zaczął wpisywać coś do urządzenia, mamrocząc niezrozumiale pod nosem. – Cholera!. – Syknął, przenosząc pliki na USB i zgrał je na swojego I’ Phona.
- Bieber wiedziałeś, że twój nędzny tyłek figuruje na pierwszym miejscu najniebezpieczniejszych ludzi w Stanach Zjednoczonych? Nie tylko na policyjnych kartotekach, ale także na FBI i wielu, wielu innych! – Spojrzał z ukosa na jego twarz i wrócił do poprzedniej czynności szukając dwóch potrzebnych mu nazwisk.
- Pieprzysz! Nic na mnie nie mają. - Pochylając się, szybko złapał Mccana za krańce skórzanej kurtki zanim podciągnął go do góry i rzucił nim na drewniany stół. – Po za tym wcale Cię nie prosiłem żebyś grzebał w moich aktach.
- Zabieraj swoje pieprzone łapy ode mnie. – Warknął, zginając nogę w kolanie i z całej siły kopnął Justina w brzuch. Ten bez wahania złapał go za kark, jednym ruchem powalając go na podłogę, gdy zacisnął na nim swoje pobladłe palce. – Jeden zły ruch i złamię Ci kark śmieciu. Dzisiaj lepiej dla Ciebie jeśli, kurwa, nie będziesz ze mną pogrywał.
- Dość! – Krzyknął John, gdy wraz z Bruncem próbowali odciągnąć od niego Biebera. – W ten sposób do niczego nie dojdziecie jak się nawzajem pozabijacie, a uwierzcie jesteście do tego zdolni.
- Ten sukinsyn niema wystarczająco siły by mnie zniszczyć, a jedyne co potrafi to chowanie się za bombami. – Zaśmiał się, wyrywając z żelaznego uścisku. – On kurwa skończy w grobie szybciej niż którykolwiek z nas, jedno zamknięcie oczu i będzie martwy. Osobiście zedrę z niego skórę i obleję benzyną, a do ręki wsadzę broń i kilka butelek alkoholu. To będzie jak pierdolony szary dzień i nikt nie będzie podejrzewał, że to Justin Bieber zemścił się na nic nie wartym śmieciu, bo przecież kto nie chciałby wyrównać rachunków z Mccanem.
- Ty jesteś kurwa szalony! Dziwię się, dlaczego jesteś na liście chronionych osób skoro sam kurwa jesteś chodzącym niebezpieczeństwem. – Krzyknął, podnosząc z podłogi laptopa.
- Może i jestem szalony, ale nie morduję niewinnych ludzi. – Syknął, ciągnąc za końcówki włosów. Zachowywał się zupełnie tak jakby nie usłyszał całego wypowiedzianego zdania, jakby w ogóle nie zostało wypowiedziane. Był tak pochłonięty wspomnieniami, że nie przejął się stawką sytuacji, a ta była naprawdę wysoka. Oczy przybrały ciemniejszego koloru czerni były niemal mroczne i to co chowały w sobie było jeszcze gorsze. Nie kryły bólu, bo Justin już dawno przestał go czuć nie tylko emocjonalnie, ale także fizycznie. Uodpornił się i wcale mu to nie przeszkadzało wręcz przeciwnie było to dla niego jak zbawienie podczas walki, którą zawdzięczał tylko jednej osobie.
Dopiero po paru minutach zamrugał kilka razy powiekami nie mogąc uwierzyć co właśnie usłyszał. Czyżby on został umieszczony na liście ochrony świadków ? Czy ich kurwa do reszty popierdoliło ? On najniebezpieczniejszy gangster siejący postrach w całych Stanach i nie tylko ma uciekać ? Kurwa nie doczekanie. Wolę zginąć w najgorszych męczarniach niż się ukrywać na całym świecie.
- O ile mi się wydaje takie śmiecie jak ty nie mają dostępu do takich informacji, więc skąd to wiesz ?.
- Nie doceniasz mnie Bieber!. – Kliknął parę razy i przyłożył palec do ucha nakazując im słuchać. – Dzień 26 – Październik. Agent wydziału kryminalnego tajnych służb z widzialną niechęcią oświadcza, że słynny Justin Bieber zostaje wpisany na listę ochrony świadków z nie wyjaśnionych jak do tej pory przyczyn. Jednak sam podpisuje się pod tym, że nie zbliży się do niego na metr i prosi o uchylenie, gdyż boi się o własne życie. Także z rozkazu tego samego agenta zostaje wydany nakaz nie informowania o tym samego zainteresowanego, gdyż jak to mówi Marcus ludzie tacy jak on zasługują na śmierć i żadna kara pozbawienia wolności w zawieszeniu nie wchodzi w grę. Od dzisiaj sprawa zostaje przekierowana w ręce specjalistów Lucasa Rodliglo i Masona Martino.
- Popatrz Bieber nietrudno było znaleźć im tych dwóch piesków, którzy o mało co nie wsadzili twojego tyłka do pierdla. – Zaśmiał się odrzucając na bok laptopa i złożył ręce, splatając palce, opierając je na kolanach. Z łatwością przyszło mu rozszyfrowanie wiadomości, która miała być dopiero przesłana do dwóch agentów, ale czyż nie o to chodziło ? Pozbył się własnego nazwiska i wpakował na jego miejsce nic nieświadomego Biebera tylko po to by doszczętnie zniszczyć mu życie, życia, którego on mu szczerze zazdrościł. Nie sławy, którą osiągnął tylko „ rodziny”, którą stworzyli i na, którą mogli liczyć w razie problemu.
- Dlaczego sądzisz, że Ci uwierzę ? – Spojrzał na niego groźnie spod przymrużonych powiek. – Ostatnim razem nas ochujałeś, więc co sprawia, że teraz mam przejmować się Twoją paplaniną ? – Zacisnął pięści i, kiedy ponownie chciał złapać za krańce jego kurtki został przytrzymany.
- Nigdy tego nie zrobiłem! To nie moja wina, że Cooper sobie z nami pogrywał.
- Ta. Już Cie wierzę. Myślisz, że o niczym nie wiemy ? – Syknął opadając na czarną kanapę, pozwalając rozluźnić się swoim napiętym do granic możliwości mięśniom. – To Ty byłeś ich pieprzonym informatorem, donosiłeś im o wszystkim i wszystkich nie zważając na konsekwencje, ale to się skończyło. Gonet już Ciebie nie obroni, a wiesz czemu ?, bo kurwa sam zadbam o to, by leżał sześć stup pod ziemią.
- Zluzuj majty, akurat tak się składa, że mam wielu ludzi od tego, a wracając do sprawy. Dam Ci radę Bieber, pilnuj swojej laski, bo zaczną od niej jeżeli w ogóle przeżyje! – Parsknął śmiechem, odchylając się w fotelu.
- Wypierdalaj! Zanim rozerwę Ci gardło.
- Spokojnie tygrysie, powinieneś być mi wdzięczny za tak cenne informacje. – Ponownie się zaśmiał, zgarniając z podłogi I’ Phona i włożył go do kieszeni kurtki. Wszystko szło po myśli Jasona i gdy myślał, że lepiej już być nie może dostał wiadomość. „ Nie próbuj z nim pogrywać, bo możesz się przejechać na własnym kombinowaniu.” Uśmiechnął się, wstając i gdy chciał opuścić salon poczuł na swoich plecach mocny uścisk.
- Nie tak szybko Mccann! – Wysyczał mu do ucha i rzucił jego ciałem o ścianę. – Myślałeś, że tak po prostu pozwolę opuścić Tobie to pomieszczenie. – Szybko do niego podszedł i chwycił go za końcówki włosów uderzając kilkakrotnie jego głową o fragment podłogi.
- Pieprz się! – Cichy jęk opuścił usta Jasona, gdy kolejny raz jego twarz zetknęła się z podłogą.
Justin już nie próbował zwalczyć w sobie tego uczucia, szczerze mówiąc nawet nie chciał. Za każdym razem powstrzymywał „demony”, które chciały wydostać się na światło dzienne, ale teraz już nie widział sensu, by dalej to robić. Gdy ona zniknęła z jego życia, nie musiał udawać, nie musiał martwić się, o każdy następny krok, nie musiał się martwić, że zobaczy w nim potwora. Odwrócił ciało Jasona i zadał kilka mocnych uderzeń, powodując, że jego głowa obróciła się pod wpływem siły uderzenia.
- Masz jeszcze jakieś cenne rady ?. – Wychrypiał niskim głosem, kopiąc na oślep jego pokryte krwią ciało.
- Wystarczy ! Nie chcemy go zabić. – Usłyszał za sobą ściszony głos Johna. - Jeszcze nie, a teraz wypierdalaj zanim się rozmyślę. – Warknął ścierając resztki krwi z dłoni.

{*}

Kolejny raz tej nocy spojrzał na gruzy i przydymione od ognia ściany. To co wtedy stracił odbiło się piętnem w jego sercu i po prostu nie mógł zostawić tego w tej chwili. Zemsta to było coś, co wychodziło mu najlepiej. Upuścił niedopałek na brudną podłogę, by chwilę później zdeptać go podeszwą buta. – Widzisz coś Cooper ? Bo ja kurwa nic. Żadnych pieprzonych piesków, którzy mieliby Ci pomóc. Nikogo nie obchodzi twoja nieobecność. Ba, nawet się założę, że nikt nie zauważył twojego zniknięcia. - Chwycił starą już pordzewiałą rurę, która przetoczyła się koło jego nóg, zupełnie jak tamtego dnia, kiedy pomimo krzyków, powstrzymujących go strażaków i policji wbiegł do płonącego budynku nie zważając na płomienie, które paliły jego ubrania, a wkrótce później także i jego skórę. Mocniej ścisnął metalowy przedmiot i z całej siły uderzył w klatkę piersiową wywołując trzask łamanych żeber. Cofnął się o krok i dokładnie przyjrzał się wgnieceniu z lewej strony, chwilę się zastanawiał i ponownie uderzył dziurawiąc skórę z drugiej strony.
-Zabij mnie! – Krzyknął, gwałtownie nabierając powietrza.
- Mógłbym, ale jest jeden mały problem. – Odwrócił się, zmieniając rurę na nóż i szybko przejechał po jego policzku, pnąc się wyżej wzdłuż torsu kalecząc następne partie ciała, patrząc jak ten wygina się i wrzeszczy z bólu. Nie ukazując najmniejszej emocji podszedł do stołu, przyglądając się jego zawartości, w mgnieniu oka chwycił prostokątny metalowy zginacz, podrzucił go i złapał uśmiechając się drwiąco. – Ja nie daruję skurwysynom, którzy mieli odwagę pieprzyć się z moją rodziną!. – Warknął, zaciskając szczękę ze złości, podszedł do niego i jednym ruchem umieścił jego krwawiącą rękę w szczękach zginacza roztrzaskując kolejno kości w obu przedramionach i dłoniach. Trzask mieszał się z przeraźliwym krzykiem Coopera, który za każdym kolejnym szarpnięciem stawał się coraz mniej wyrazisty.
- To była tylko rozgrzewka przed tym, co mam zamiar ci zrobić, więc na twoim miejscu oszczędzałbym dopływ tlenu śmieciu. – Wyszeptał groźnie, wbijając mu nóż w brzuch i pociągnął wyżej rozcinając kawałek skóry, który chwilę później opadł na podłogę, odsłaniając mięso. Krew ciekła strużkami niemal po całym jego ciele, spadając do tworzącej się pod nim kałuży. – Znajdzie Cie i zabije!.
Justin parsknął śmiechem, prawie upuszczając rozżarzony łom na ziemię – Myślisz, że obchodzi mnie co myśli Twój szef ? – Warknął, rzucając w kierunku Johna rolkę taśmy izolacyjnej. – Pomyśl ponownie! – Skinął w kierunku Coopera, przeczesując ręką włosy. – Zaklejcie mu usta, żebym nie musiał go więcej słuchać. – Powiedział, zbliżając dłoń niebezpiecznie blisko policzka, po czym przypalił ją rozżarzonym do czerwoności metalem. Drew odrzucił głowę do tyłu warcząc z bólu, nie chciał już cierpieć, ale wiedział, że on tak szybko nie odpuści, nie po tym do czego się posunął. – Widzisz, zrozumiałem jak bardzo cierpiał mój skarb, kiedy zamknąłeś ją w tym pomieszczeniu i podpaliłeś cały budynek. Nie obchodziło Cię czy ktoś znajduje się w domu, po prostu to zrobiłeś!. – Zmrużył oczy i ponownie przyłożył łom do świeżej rany odrywając kolejny kawał skóry.
- Jesteś nikim i dalej będziesz nikim jeśli myślisz, że wyjdziesz stąd żywy!. – Zaśmiał się zarzucając na swoje umięśnione plecy skórzaną kurtkę. Przeciął go wzdłuż piersi, krew lała się ze świeżych ran pogłębiając kałużę tworzącą się tuż pod jego nad wpół martwym ciałem. Justin zdjął łom z palników i bez wahania zahaczył o skórę Coopera pociągając ją w dół, odsłaniając świeżą warstwę pod spodem. Cały czas ciągnął otwierając ponownie jego skórę praktycznie na żywca obdzierał go ze skóry. Krzycząc w taśmę izolacyjną, Drew próbował walczyć z łańcuchami, które więziły jego ciało, jednak nie miało to najmniejszego sensu, gdyż tylko jego następny ruch powodował mocniejsze zaciśnięcie. Kilka lat temu pewnie bym się nawet tego nie spodziewał, przynajmniej nie po sobie. Rodzina czy miłość w ogóle dla mnie nie istniały, były tylko wyobrażeniem jakiegoś popapranego snu, ale teraz nie chodzi już tylko o mnie, chodziło o wszystkich.
- Tamtej nocy przekroczyłeś linię, myśląc, że tak po prostu możesz deptać po ludziach na których mi zależy nie ponosząc za to żadnych konsekwencji, ale to się zmieniło gdy wiem o pewniej rzeczy!. – Puszczając mu oczko, wypaliłem mu „ J” na szyi. – Czekam, aż potknie się o własne ego, a Ty dobrze wiesz, że jest ogromne. – Cofnął się o krok, gdy Drew zaczął słabnąć, biorąc coraz płytsze oddechy walczył ze śmiercią, ale on już dawno był w piekle, a teraz poczeka tam na resztę. Powieki opadły, ciało przestało się poruszać, to już koniec!. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni wyciągając z nich I’ Phona, przejechał wolno po ekranie i przyłożył do ucha.
- Justin…. Ona nie żyje… przykro mi – Usłyszał po drugiej stronie ściszony głos Jasona i przeraźliwy krzyk Nathana.
Napięcie wiszące w powietrzu było większe, niż kiedykolwiek przedtem. Był pewny, że przeżyje, że da radę po tym jak usłyszał, że walczy. To zabijało go od wewnątrz bardziej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać i pomimo Johna czy Brunca, którzy patrzyli się na niego wyczekując jakichkolwiek informacji nie mógł uwierzyć, że to właśnie on musi ponownie przechodzić przez to wszystko. Pokręcił ze zrezygnowaniem głową i wyszedł na ulewę. Odchylił się i spojrzał na burzliwe niebo, nie zdając sobie sprawy, że odkąd wrócili do słonecznej Californii nie przestawało padać. Zamknął oczy pozwalając, by deszcz moczył jego włosy i ubrania, odetchnął i wypuścił powietrze ze świstem na zimny wiatr, który teraz okalał jego twarz. – To nie mogło się wydarzyć. – Mruknął, zakładając kaptur na głowę. – Miałaś walczyć do końca, przecież mi to do cholery obiecałaś! – Krzyknął w pustą przestrzeń przed sobą. Wierzył, że to pierdolona pomyłka i lekarze się mylą, albo tak bardzo chciał w to wierzyć ?
Po czasie, który trwał jak godziny dojechał na miejsce. Zgasił silnik i wyszedł z samochodu zatrzaskując za sobą drzwi ruszył w kierunku domu. Pozostawiony w ciszy, mógł poczuć niedobór powietrza w płucach, zupełnie jakby ktoś mu je zabrał i nie chciał oddać. Wszystko, każdy przedmiot znajdujący się w tym budynku przypominał mu o niej, a to bolało najmocniej – myśl, że już nigdy jej śmiech nie wypełni tego pustego pomieszczenia, sposób w jaki jej uśmiech rozjaśniał ich serca i ona, osoba, która widziała w nich kogoś więcej niż tylko bezduszne maszyny do zabijania. Pozwalała im zaznać choć trochę normalnego życia za co byli jej ogromnie wdzięczni, wszyscy i każdy z osobna. Czuł się jakby ponownie miał siedemnaście lat i po raz kolejny wbiegał do płonącego budynku, nienawidził tego, a szczególnie nienawidził siebie za to, że pozwolił, by to wszystko zaszło tak daleko. Jęknął opadając na skórzaną kanapę, schował głowę w dłoniach nie wiedząc co miałby ze sobą zrobić. Tak wiele czasu i tak mało za razem. Sięgnął po butelkę Jacka Danielsa, którą zostawił wczorajszej nocy na szklanym stoliku i nalał sobie szklankę. Okręcił ją dookoła, a jego wzrok zatrzymał się na jej zawartości. Bardzo dobrze wiedział, że jego myśli nie ustaną, nie dadzą mu spokoju ani wytchnienia, będą go nękać jak nocne koszmary, a to dopiero pierwszy pieprzony dzień i pozostało ich jeszcze nieskończenie wiele. Ponownie zapragnął poczuć obojętność, chciał zapomnieć, przynajmniej na tą jedną noc. Chciał się jej pozbyć, wszystkiego co razem dzielili, nie chciał już więcej pamiętać uczucia – miłości, nie chciał już dłużej w tym tkwić. Szklanka za szklanką, Justin kontynuował wlewanie w siebie alkoholu, ale po którymś razie zauważył, że nadal jest trzeźwy, a myśli nie chcą zniknąć. Zamienił trunek na butelkę czystej wódki i wziął kilka głębszych łyków był tak bardzo zdesperowany, by wyciszyć swoje myśli, że nie zauważył kto przekazał mu tak tragiczne wiadomości, ale im więcej pił tym bardziej go prześladowała. Pokazywała mu każde wyobrażenie i wspomnienie ich razem i osobno, ale to były tylko żmudne złudzenia spowodowane wypiciem zbyt dużej ilości alkoholu. Zdawało mu się, że widział ją w każdym rogu tego pomieszczenia jak i na schodach i w oknach, uśmiechała się, a jej śmiech był niczym melodia, która nie chciała zamilknąć choćby na krótką chwilę. Nie był pijany, daleko było mu do tego, ale po mimo tego jego mózg nie mógł zapomnieć o niej, a może nie chciał ? Kręcą głową, zacisnął dłonie w pięści gniew, złość brały górę nad jego ciałem, nie mógł jej kontrolować, przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie miał jej ciała emanującego ciepłem obok siebie, nie mógł już jej otulić swoimi ramionami, by czuła się bezpiecznie. Jedynie co miał to wyobrażenie, które w tej chwili było dla niego wszystkim.
- Zostaw mnie słyszysz ? – Krzyknął, rzucając pustą butelkę przez pokój i obserwował jak roztrzaskuje się na bilion małych kawałeczków, tak samo jak jego życie. – Pozwól mi cierpieć w spokoju… proszę skarbie…. – Wyszeptał, osuwając się powoli na swoje kolana. Był załamany, rozdarty, wkurzony, był w takim punkcie, że nie potrafił pozbierać się z powrotem, bo niby dlaczego miałby to robić ? Rodzina go nienawidzi, jej już nie ma, a chłopaki zrozumieją. Przynajmniej wydawało mu się, że chociaż spróbują zrozumieć. Nie miał już po co żyć, nie widział w tym wszystkim sensu, nie kiedy ona odeszła. Zamknął oczy i przez chwilę mógł rozkoszować się wolnością, wszystko odeszło. Przebiegł swoimi dłońmi po włosach, czując jak wypełnia go błogi spokój, odetchnął podnosząc się z drewnianej podłogi, gdy nagle do głowy wpadł mu pewien pomysł, który stał się wystarczająco dobrym pomysłem. Rozglądając się dookoła po pomieszczeniu, Justin zaczął szukać średniej wielkości pudełeczka, gdy zaczął chodzić po pokoju, jego oczy spoczęły na pierwszym stopniu schodów, które prowadziły na pierwsze piętro ich domu. Podchodząc bliżej dostrzegł ozdobne pudełko, podniósł je i schował w kieszeni kurtki. Chwycił kolejną butelkę wódki i wbiegł na górę, ostro skręcił w tym samym czasie odkręcając nakrętkę i zaczął wylewać jej zawartość na idealnie wypolerowaną posadzkę. Wszedł wyżej po schodach, wyciągnął prawą rękę i otworzył okno prowadzące na dach, delikatnie się wychylił i mógł przysiąść, że na jego końcu widzi cień. Podciągnął się i teraz stojąc na środku dachu poczuł znajomy zapach kokosów zmieszanych z piżmem róży. Uśmiechnął się biorąc łyka z butelki, zachwiał się i gdy już prawie spadał w dół poczuł na swoim ramieniu lodowaty dotyk. Przez chwilę myślał, że to tylko ostry podmuch wiatru pociągnął jego chwiejną sylwetkę do tyłu, ale jakie było jego zaskoczenie, gdy usłyszał melodyjny głos tuż za sobą.
- Co ty do cholery wyprawiasz Justin ?

________________________________________

Hejj :*:*
Nie powiem, ale przyjemnie mi się pisało nie miałam żadnych blokad ani nic w tym stylu. Mam nadzieję, że się wam spodoba i od razu przepraszam za tak tragiczne momenty. Jak myślicie Leyla naprawdę zmarła czy to kolejna niespodzianka ?
Na koniec chciałam podziękować moim czytelnikom za komentarze i wielkie wsparcie na tym blogu. Cieszę się, że jesteście. Jesteście najlepsi. Kocham was :*
Życzę miłego czytania i nie zapomnijcie zostawić po sobie komentarza. <3
Chciałabym was również zaprosić na moje drugie opowiadanie.Tekst do podlinkowania...




01.03.2015 o godz. 18:28
Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.”
Każda sekunda patrzenia w jej zamknięte oczy pozostawiała świeże rany w sercu Justina. Otwarte rany, które zagoić mogła tylko jedna osoba, której najbardziej mu brakowało. Osoby, która jednym uśmiechem zmieniała całe jego życie, a teraz gdy była na skraju nieba czuł, że tak naprawdę nie ma już nic. Czuł jak cząstka niego wędruje krętymi drogami by odejść razem z nią w spokojniejszy świat, świat, w którym nie ma problemów, niebezpieczeństwa i okropnej rzeczywistości. Tam, gdzie szarość więdnie i jedyne co pozostaje to błękitny krajobraz.
- Spada ciśnienie!. – Jeden z sanitariuszy gwałtownie złapał strzykawkę po czym wbił igłę w wenflon, który był podłączony do żył Leyli. W ułamku sekundy resztki nadziei wyparowały i pozostał tylko zimny strach, że za minutę jej serce przestanie bić.
- Chłopcze musimy działać.. – Starszy mężczyzna pochylił się po czym delikatnie ułożył dłoń na jego plecach. – „ Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały świat działa potajemnie by udało Ci się to osiągnąć”. – Szept staruszka rozniósł się echem po głowie Justina, a on zrozumiał, że sama jego obecność może wiele zdziałać.
- Czy mógłbym powiedzieć jej coś jeszcze ?. – Chwilę się wahał, ale sekundę później przemówił.
- Wie Pan gdybym później nie zdążył.
- Tylko nie za długo. – Michael uśmiechnął się po czym zaczął uzupełniać płyny.
- Kochanie chciałbym ci tyle powiedzieć, ale nie wiem za bardzo od czego mam zacząć. Może od tego, że dni, które z Tobą spędziłem były najwspanialszymi dniami w moim życiu. Lub, że w tym krótkim czasie, od kiedy Cię poznałem, doszedłem do wniosku, że jesteśmy jak dwie połówki prawego sierpa, stworzeni po to by się wzajemnie uzupełniać? Każdego dnia budziłem się z myślą o Tobie. Każdy dzień zaczynający się od wschodu słońca bez twojej ciętej riposty i drobnych kłótni był dniem straconym. Szelest liści, promień słońca, każda ciemna chmura zwiastująca deszcz były mi obojętne, bo brakowało mi Ciebie. Każdy oddech wypełniający moje płuca jest bezsensowny skoro nie będzie Cię przy mnie. Wiem, że brzmię jak ckliwa ciota, ale chciałem byś to usłyszała. – Zaśmiał się po czym złapał mocno jej dłoń jakby chciał powiedzieć „ Zostań”. – Mówią, że ludziom bardzo rzadko przydarza się prawdziwa miłość. Jestem szczęściarzem bo takiemu dupkowi jak ja się to przydarzyło. Nie mam pojęcia czy czujesz to samo do mnie, ale skarbie ja zawsze będę tam dla Ciebie, by cię wspierać, by walczyć u twego boku każdego dnia i każdej nocy. Proszę… nie mogę cię stracić!. Zerwał z szyi nieśmiertelnik po czym pochylił się by zapiąć go Leyli. – Wiedz, że Cię kocham i już zawsze będę Cię kochał. – Złożył krótki pocałunek na jej czole.
Oblizując usta skinął głową po czym cofnął się o krok zaciskając dłonie w pięści i patrzył jak ją wywożą.
Nie wiedział czy da radę walczyć…. Nie wiedział czy ona się kiedykolwiek obudzi, nie wiedział czy dzisiaj to nie był ostatni raz, kiedy z nią rozmawiał, czy to nie był ostatni raz gdy usłyszał jej melodyjny głos lub czy kiedyś zobaczy jej brązowe tęczówki. Nie wiedział czy jeszcze będzie miał okazję trzymać ją w swoich ramionach, lub jakie to uczucie składać na jej malinowych ustach subtelne pocałunki. Nie miał pojęcia czy przeżyje czy nie. Nie wiedział nic i to najbardziej go przerażało. Tak dobrze usłyszeliście Justin Bieber po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł strach przed tym, że znów zostanie sam i już nigdy przenigdy nie powie nikomu, że go kocha. Bo nikt inny nie był, nie jest i nie będzie w stanie zastąpić mu jej.
Spadające z nieba krople deszczu moczyły włosy i ubrania Justina, ale on się tym nie przejmował po prostu szedł wolnym krokiem w kierunku drzwi. Wypuścił powietrze po czym podniósł głowę California Hospital Medical Center przeczytał i zdał sobie sprawę gdzie tak naprawdę się znajdują. California ? jakim cudem ?. Przecież chwilę temu byli na Florydzie, czyżby stracił czujność ? Wbiegł do środka po czym skierował swoje nogi ku recepcji.
- Szukam sanitariusza, który przywiózł dziewczynę z raną postrzałową!. – Krzyknąłem, waląc pięścią w blat.
- Proszę się uspokoić bo w przeciwnym razie wezwę ochronę.
Justin parsknął śmiechem. – Słuchaj dziwko nie straszne są mi jakieś dwa nadęte bufony więc kurwa radzę Ci gadać gdzie jest ten pierdolony sanitariusz. Zanim rozwalę Ci łeb. – Warknął wyciągając z tylnej kieszeni broń.
- Spokojnie chłopcze.. – Usłyszał za sobą męski głos, który towarzyszył mu w ambulansie. Odwrócił się na pięcie i spojrzał siwemu staruszkowi prosto w oczy. – Porozmawiajmy.
- Jakim pieprzonym cudem znaleźliśmy się w Los Angeles ? Ona mogła umrzeć, a wy… wy przewieźliście ją tyle kilometrów. Dlaczego nie mógł być szpital na Florydzie ? – Widząc zbliżających się mundurowych schował pistolet za pasek spodni, przy okazji naciągając mocniej bluzę. To nie tak, że bał się ich, bał się tego, że mógłby zostać wyrzucony, a tego nie chciał, przynajmniej nie teraz.
- Nie ukrywam jej stan jest krytyczny, musieliśmy szybko interweniować. Jedynym szpitalem, który był gotowy nas przyjąć jest właśnie CHMC. Odpowiadając na twoje pytanie zasnąłeś w połowie drogi, potem podałem ci płyn usypiający. – Michael skinął głową w kierunku schodów. – Wiem, że jest dla Ciebie bardzo ważna, ale nie ryzykuj własnym życiem dla rzeczy, których nie da się osiągnąć. Ona by tego nie chciała.
- Nie znasz jej więc skąd kurwa możesz to wiedzieć ?. – Prychnął, biorąc głębokie oddechy by się uspokoić. – Nie wiesz czego pragnie, a czym gardzi, nie wiesz jaka jest, a co najważniejsze czym się zajmuje?, nie pomyślałeś, że może być taka jak ja ?. – Syknął, mrużąc oczy. – O niczym nie masz pojęcia, więc stul mordę.
- Aha i jeszcze jedno nie podawaj mi żadnych gówien bez mojej zgody, bo pożałujesz. – Podniósł jedną brew zaciskając pięści, po czym je rozluźnił.
- Czwarte piętro chłopcze, sala „B”. – Howard posłał mu ciepły uśmiech, pełen szczerości i zrozumienia. Nie gniewał się, a w pełni rozumiał młodego mężczyznę gdyż, kiedy był w jego wieku przydarzyło mu się zupełnie to samo.
Obrócił się na piętach po czym rzucił się biegiem przez szklane drzwi wzdłuż krętego korytarza. Patrząc to w prawą stronę, to w lewą stronę szukał schodów prowadzących na właściwe piętro, gdy w końcu je zauważył skręcił popychając pielęgniarki, które stały i głośno dyskutowały między sobą. Przeskakując co kilka schodów mijał kolejne piętra, aż dotarł na czwarte piętro. Z rozmachem otworzył metalowe drzwi by wkroczyć pewnym siebie krokiem na główny oddział. Po kolei sprawdzał wszystkie sale, póki nie skręcił za zaokrągloną ścianę i nie zobaczył wielkiego pustego korytarza. Był inny niż wszystkie, ale właśnie tutaj znajdowało się wielkie „B”. Usiadł naprzeciwko pomieszczenia i chwycił w swoje dłonie I Phona, po czym wybrał właściwy numer.
- Co to, do kurwy ma Bieber znaczyć. ? – Warknął wkurzony Nathan, z drugiej strony połączenia. Krótkie westchnienie uciekło z ust Jusa – Oh, to. ? – Zaśmiał się sarkastycznie, udając przez moment idiotę. – To tylko zbędne słowa Justina Biebera, który choć raz nie myśli o sobie i swoich potrzebach, a wiesz dlaczego. ? – Krzyknął zaciskając palce. Śmierć była widzialna w jego oczach wywołując panikę na twarzy przechodzącej pielęgniarki.
- Bo siedzę na pieprzonym szpitalnym krzesełku, czekając na jakiekolwiek informacje. – Warknął ciągnąc za końcówki włosów.
- Haha mówiłem Ci Justin żebyś nie brał udziału w jego przedstawieniu. To mogło się źle skończyć!. – Splunął, śmiejąc się do słuchawki. – Karma jest suką, zapamiętaj.
- Byłaby suką gdybym to ja tam leżał, ale nie to Leyla walczy o życie na szpitalnym łóżku!. – Sykną, uderzając z całej siły w ścianę naprzeciwko pozostawiając w niej małe wgniecenie.
- Co…… co ? – Usłyszał jąkanie, a następnie huk.
- Justin ? co się tam dzieje?. – Spanikowany głos Josha rozbrzmiał w słuchawce.
- Leyla została postrzelona. – Mruknął, osuwając się po ścianie. Słona ciecz spływała strużkami po jego lekko zaczerwienionych policzkach wywołując zmartwienie u Dreyera. - Jest bardzo źle Josh. Nie wiadomo czy dożyje jutra.
- Gdzie jesteś ?. – Spytał zabierając kluczyki z szafki przy drzwiach.
- California Hospital Medical Center.
- Trzymaj się Justin, za chwilę tam będziemy. Wszyscy. – W tej samej chwili zobaczył wychodzącego lekarza z podwójnych drzwi umazanego w całości krwią. – Muszę iść. – Powiedział Justin, kończąc rozmowę. Wsuwając telefon do kieszeni spodni, podniósł się z podłogi i ruszył w kierunku mężczyzny.
- Co z nią ? Przeszła przez operację ? Walczy czy może….. chce mi Pan powiedzieć, że ona nie żyje prawda ?. – Tyle pytań na raz i żadnej odpowiedzi. Czy to ten czas, kiedy spełniają się jego najgorsze scenariusze?
- Spokojnie chłopcze… są dobre i złe wiadomości. – Doktor Mason (jak wynikało z jego plakietki) potarł wewnętrzną stroną dłoni brodę jakby nad czymś intensywnie myślał po czym westchnął opuszczając ręce wzdłuż tułowia. – Pańska dziewczyna została postrzelona w klatkę piersiową dwukrotnie, gdyby napastnik strzelił trochę bardziej w prawo zginęłaby na miejscu. – Urwał, zastanawiając się jak przekazać dalszy ciąg niekończących się informacji.
- Cóż operacja klatki piersiowej trwa dalej i pewnie potrwa jeszcze parę godzin, ale najważniejsze jest to, że odkryliśmy ranę szarpaną w jej nodze. Najprawdopodobniej była w niej bomba, która została pomyślnie wyjęta. Teraz chirurdzy się tym zajmują, po za tym ma liczne siniaki, zadrapania i niewielkie rany, które zaszyliśmy. Niestety na tym złe wiadomości się nie kończą przed nią ciężkie 24 godziny, które zdecydują o jej życiu.
Justin opadł bezsilnie na jedno z krzeseł, spuszczając głowę w dół. – A ta dobra ? – Wyszeptał, jego głos się łamał, a łzy zbierały w kącikach oczu.
- Ona dalej walczy. – Mason uśmiechnął się, lekko klepiąc plecy Biebera, wstał spoglądając ostatni raz na jego pochyloną sylwetkę zanim znikł za podwójnymi drzwiami sali operacyjnej.
„ Wyszła z kuchni kierując się w stronę drewnianych drzwi, po czym nacisnęła metalową klamkę i pociągnęła je w swoją stronę, a przed oczami ukazał jej się Justin z bukietem czerwonych róż w ręku. Uśmiechnęła się pod nosem, gdyż zabawnie to wyglądało. Ubrał się w dres, a w rękach trzymał bukiet kwiatów. Nic nie mówiła tylko wpatrywała się w jego brązowe tęczówki, które mówiły same za siebie „ Przepraszam”.
- Leyla… proszę Cię wybacz mi. Nie powinienem się z Ciebie nabijać ani mówić, że jesteś zimną suką, bo z pewnością gdzieś bardzo, bardzo głęboko jest trochę miłości i współczucia. – Wszystkie te słowa mówił patrząc w jej oczy.”
Justin!. – Głośny krzyk rozniósł się po korytarzu tym samym zmuszając go do podniesienia głowy. Nathan, Chris, John, Brunce, a także Jason i Alex oraz Elżbiet i Dan wyszli, a raczej wybiegli za rogu wykrzykując niespójne zdania. Od razu wstałem przytulając każdego po kolei.
- Co z nią ? – Chris zajął miejsce, na którym wcześniej siedziałem, a jego wzrok przykuła rozmazana krew pozostawiona przez doktora.
- Dostała na lewo od serca, więc jest bardzo źle. Lekarz mówi, że zadecydują następne godziny, po za tym walczy.
- Kto to zrobił. ? – Głos Nathana zmroził im krew w żyłach. Był wrogi, a oczy czarne jak węgle choć nie tak bardzo jak u Justina.
- Gonet !. – Zacisnął zęby, po czym przyłożył drugi raz tego wieczora w ścianę szpitala.
Wszyscy wmawiamy sobie, że będzie dobrze, z nami będzie dobrze, że przejdziemy do historii, ale jako kto ? jako najniebezpieczniejszy gang w Californii, który sieje strach. Ludzie się nas boją, chowają się, unikają byle nas nie spotkać. My to akceptujemy, bo nie ma odwrotu. To jest cząstka nas, naszego życia. Nie ma nadziei, ani wiary, tylko okrutna rzeczywistość, której stawiamy czoła z odwagą. Cały ten pogląd, że dobre rzeczy przydarzają się dobrym ludziom, a te najgorsze tym złym jest beznadziejny. Jest tak dużo ludzi, którzy niosą pomoc, ryzykują swoje życie wchodząc do płonących domów, magazynów czy też zbierają od nas kule, kiedy próbują nas złapać. Są to ludzie życzliwi, kochający, a przede wszystkim odważni, a cierpią dużo bardziej od tych, którzy zasługują na najgorsze.
- Tracimy ją. – Usłyszałem głos dochodzący z lewej strony, i kiedy się obróciłem zobaczyłem doktora Masona wybiegającego przez drwi bloku operacyjnego. Trzymał w ręce notatnik, a w drugiej telefon.
- Poproś Dr. Allcome* mamy kod niebieski, powtarzam kod niebieski **. Czwarte piętro sala „B”. Pośpieszcie się to pilne. - Starałem się być zawsze jak cień, którego nikt nie może zobaczyć, ale dzisiaj to nie miało sensu. Miałem gdzieś policję, FBI i wszystkich innych popierdolonych ludzi, którzy próbowali mnie złapać, a żadnemu do tej pory się to nie udało. Zawsze pieprzą głupoty, ale nic z tym nie robią, więc pora na zemstę. Oh jak to dobrze brzmi!.
- Nathan, jeśli ją uratują to powiedz jej, że ją kocham.
- Justin o czym ty mówisz ?
- Chce odejść!. – Wtrącił się Chris podnosząc się z plastikowego krzesła, na którym siedział przez cały ostatni tydzień, modląc się by Jess przeżyła. – Planował to odkąd dowiedział się, że Jason pocałował Leyle, ale spokojnie wróci, zawsze wraca!. – Splunął, choć tym razem miał dziwne przeczucie.
- Nie Christianie, tym razem jesteś w pieprzonym błędzie. – Naciągnął wraz z Johnem i Bruncem kaptury bluz na głowę. – Idziemy po zemstę!. – Włożył ręce do przednich kieszeni jeansów tak, że kciuki mu wystawały, a spodnie opadły jeszcze niżej.
- Zabiję skurwiela. – W jego oku błysnęła śmierć. Stary Justin powrócił. Strzeżcie się... Nadchodzę..!

________________________________________

Hejj :*:*
Mam nadzieję, że nie zawiodłam waszych oczekiwań i rozdział się spodoba, może nawet zaskoczy w pewnych momentach. :) Starałam się również dopasować podkład muzyczny, lecz nie wiem czy temu podołałam. Dlatego proszę każdego kto tutaj zerknie i przeczyta o zostawienie dłuższej opinii, gdyż to bardzo motywuje ! :D
* Dr. Allcome - oznacza poważne zagrożenie, oraz wezwanie całego niezajętego w danej chwili personelu.
** kod niebieski - znaczy to, że ktoś potrzebuje natychmiastowej pomocy, najczęściej w wyniku zatrzymania oddechu, lub akcji serca.
*** Cytaty nie są moje, zapożyczyłam je od znanych poetów i pisarzy.
Miłego czytania skarby :*

29.12.2014 o godz. 21:08
- Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz. – Trzymał przy jej szyi nóż, lekko przecinając skórę w paru miejscach.
- O czym ty do cholery mówisz ? – Posłała mu zdezorientowane spojrzenie. Powoli podnosząc swoje drobne ciało z zakrwawionej ziemi.
- Elżbiet może wyjaśnisz ?. – Ironia przebijała się przez każde jego słowo. Jakby był czegoś świadomy już przez dłuższy czas.
Ciche westchnienie opuściło jej usta. – Czemu sam tego nie zrobisz. - Wychrypiała, krztusząc się krwią. W jednej chwili zapragnęłam to wszystko przerwać bez względu na to co przede mną ukrywali – nie mogłam.
- Mógłbym to zrobić, ale czy wtedy nie wyręczył bym was wszystkich ?. – Mruknął mocniej przyciskając nóż do jej skóry, powodując coraz nowsze strużki krwi. – Dylan, Dan i Ty powinniście się tłumaczyć, błagać ją na kolanach by pozwoliła wam żyć mimo tego co jej zrobiliście. – Warknął, podciągając jej wiotkie ciało ku górze. Zachwiała się i gdyby nie mocne szarpnięcie Justina z pewnością by upadła.
- Czy w końcu ktoś wyjaśni mi o co tu chodzi ?. – Spojrzałam na Justina ale on spuścił wzrok, więc przeniosłam swoje natarczywe spojrzenie na kobietę z myślą, że chociaż ona coś z siebie wykrztusi. Czekałam może z sześć minut jak nie więcej, i kiedy traciłam resztki cierpliwości jej usta lekko się otworzyły.
- Dan.. . - Wyszeptała, a po jej rozgrzanych policzkach spłynęły łzy. Nie wiedziałam o co chodzi dopóki nie zorientowałam się, że wszyscy spoglądają za mnie. Pytaniem jest co, a raczej kto wywołał szok na ich twarzach ?. Mogłam to sprawdzić, ale powiem szczerze bałam się. Bałam się odwrócić i zobaczyć kim jest owa osoba bo w końcu przechodziłam przez piekło każdego dnia i tak naprawdę nic ani nikt nie jest wstanie mnie zaskoczyć.
- Chłopcze odpowiem na wszystkie wasze pytania, ale najpierw puść moją żonę!!. – Wyskoki czarny mężczyzna ominął mnie i ruszył szybkim krokiem w kierunku kobiety.
Wytrzeszczyłam oczy, czy on właśnie powiedział żona ? Nie, nie, nie to nie może być prawda na pewno się przesłyszałam. Kurwa powiedzcie mi, że to się nie dzieje. Justin niechętnie odsunął swoją rękę od jej zakrwawionej szyi, ale nie oddalił się od jej ciała ani na krok. Nie ufał im, to zrozumiałe.
- Leyla my nigdy nie weszliśmy do tego samolotu, nie przekroczyliśmy szklanych drzwi lotniska. Nie mogliśmy tego zrobić wiedząc, że jest tam bomba.
- Czyli wiedzieliście o wszystkim, a i tak postanowiliście mnie okłamać. – Krzyknęłam nie dowierzając, że mogli posunąć się do takich rzeczy, w imię czego ?
- To nie tak. My nie mieliśmy wyboru zrozum to, przynajmniej spróbuj… proszę. – Skinęłam by kontynuowała – tylko dlatego, że uporczywy wzrok Biebera kazał mi wysłuchać co mają do powiedzenia.
- Zawróciliśmy do naszego samochodu, a kiedy tam dotarliśmy zobaczyliśmy chłopaka. Czekał na nas jakby wszystkiego był świadomy. Jakby to on wszystko zaplanował i faktycznie tak było. W jednej ręce trzymał kopertę, a w drugiej broń. Za nim mi przerwiesz wiec o tym, że w tej kopercie były twoje zdjęcia – śledził twój każdy krok, wiedział dokąd pójdziesz, gdzie będziesz – dosłownie wszystko. Jako rodzice chcieliśmy cię chronić, więc z niechęcią przystaliśmy na jego umowę. – Zaczęło mi świtać, ale co to za umowa już chciałam się spytać, kiedy gestem ręki zostałam uciszona.
- Chyba przyszła pora abyś dowiedziała się, że nie jestem twoim biologicznym ojcem. W prawdzie jestem w twoim życiu odkąd skończyłaś roczek i chcę byś wiedziała, że zawsze traktowałem cię jak własną córkę. Przepraszam, że trwało to tak długo. – Stałam tam jak słup soli i nie wiedziałam co zrobić, powiedzieć. Niby każdy ma jakieś tajemnice. Jedne gorsze, drugie trochę mniej, ale czy tak wielkie kłamstwo zasługuje na wybaczenie, a co dopiero na drugą szansę ?
- Jak dla mnie….. zbyt długo. – Wyszeptałam, czując jak słona ciecz spływa po moich bladych policzkach. Czułam się jak skończona kretynka, przez te wszystkie lata uważałam ich za kochających rodziców, który zginęli w katastrofie lotniczej, a teraz patrząc na ową dwójkę przede mną nie odczuwałam nic poza wstrętem.
…… Upozorowany wypadek.. Tajemniczy chłopak.. Akta.. Koperta. – Wymieniałam każdą rzecz po kolei, aż wszystko powiązało się w logiczną całość. Dokumenty, które czytał Dylan wtedy w samochodzie musiały mieć jakiś związek z tym całym gównem. Inaczej nie zasłaniał by ich przede mną prawda ?
- Dan.. możesz mi opisać jak wyglądała okładka ?. – Spytałam próbując zdobyć jak najwięcej informacji w jak najkrótszym czasie.
- Czarno – granatowa ze złotym wzorkiem układającym się w flagę Canady i logo drużyny Toronto Maple Leafs. - Bingo !! Widziałam tam skrawek liścia – klonowego liścia.
- A umowa ? Czego dotyczyła ?.
Nikt nie zdawał sobie sprawy, że ta cicha wymiana zdań jest obserwowana nie tylko z kamer, ale także przez samego Goneta chowającego się w cieniu drzew. Po raz pierwszy postanowił opuścić swoje cztery ściany by nie dopuścić aby dziewczyna dowiedziała się całej prawdy. Nie był na to gotowy, przynajmniej na razie, ale wiedział, że kiedy sprawy pójdą za daleko będzie musiał to skończyć.
Sekundę później, gdy mężczyzna otworzył usta by odpowiedzieć na zadane pytanie padły strzały. Kilkakrotnie w to samo miejsce…. W nią. Kuśtykając pragnęła dotrzeć jak najszybciej do linii drzew, gdzie mogłaby się schronić. Niestety liczne rany nie pozwalały na jakikolwiek ruch, więc odwróciła się szukając znajomej twarzy, która mogłaby jej pomóc. Nic z tego wszyscy na, których mogła liczyć biegli w przeciwnym kierunku w ogóle na nią nie patrząc. Zaciskając dłonie na krwawiącej ranie rzuciła się biegiem w stronę lasu nie zważając na ból jaki rozprzeszczeniał się po ciele. Nie zważała na to ile czerwonej cieczy zostawia za sobą, i jak szybko jej organizm słabnie. Była zdesperowana by dotrzeć do celu póki się to nie udało. Wyciągnęła broń oddając parę strzałów w kierunku napastnika za nim jej drobne ciało osunęło się na ziemię.
- Nigdy nie będziesz wyjątkowo silna by stawić temu wszystkiemu czoła…. Spójrzmy prawdzie w oczy zawsze byłaś i będziesz tylko słabą, nic nie wartą i przez wszystkich oszukiwaną Leylą… Zwykłą dziewczyną niszczącą serca dwóch najniebezpieczniejszych chłopaków Ameryki Północnej. – Przysłuchiwała się każdemu wypowiedzianemu słowu w całkowitej ciszy, jedyną rzeczą, która ją przerywała był jej nierówny oddech.
- Mam szczerą nadzieję, że skonasz tutaj bo jeśli nie… to nie chciałabyś wiedzieć co mam w zanadrzu. – Ostatkami sił podniosła głowę by spojrzeć na zakapturzoną postać trzymającą w dłoni pistolet.
- Żegnaj!!!. – Za nim miałam szansę wyciągnąć swój, padł strzał.
Chłód powoli wypełniał jej ciało, a powieki zamykały się nie mając wystarczającej ilości siły by pozostać otwartymi. Ból jaki czuła był nie do opisania, ale wiedziała, że nie może się poddać, nie może umrzeć. Jeszcze nie teraz. Zebrała ostatki sił jakie jej pozostały i najgłośniej jak umiała krzyknęła mając nadzieję, że ktokolwiek ją usłyszy.
Czas mijał, sekunda po sekundzie, minuta po minucie, a Leyle coraz bardziej ogarniała senność, nie mogła dłużej walczyć z tym co i tak miało za nie długo nadejść. Chwyciła za naszyjnik zaciskając na nim palce i nagle wszystko co czuła odpłynęło pozostawiając piękny uśmiech Justina przed jej zmęczonymi na pół przymkniętymi oczami. Już zapomniała jak wyglądał, gdy był naprawdę szczęśliwy, jak często zmieniały mu się humory, jaki melodyjny miał śmiech, tak bardzo pragnęła usłyszeć ciętą ripostę z jego ust, by została i nigdzie nie odchodziła. Zapomniała powiedzieć mu jakim uczuciem zapałała do niego przez ten krótki okres czasu, który spędzili razem.
- Kocham Cię Justin. – Wyszeptała, oddając ostatni oddech życia.

POV Justina


Obracał się wokół własnej osi szukając drobnej sylwetki Leyli pośród zebranych osób, lecz jego wzrok po raz kolejny zawodził. Nigdzie jej nie było, a przecież był pewny, że jest tuż za nim przez ten cały czas. Przeczesywał swoje włosy łapiąc nerwowo za ich końce zastanawiając się jak do cholery mógł ją spuścić z oka ? Nigdy nie zależało mu na dziewczynach, traktował je jak rzecz, którą można odłożyć po jednej nocy, ale ona… była wyjątkowa, pokazała mu, że nie jest bezwartościową zabawką, którą można odłożyć na półkę. Stawiała na swoim próbując przekonać go, że świat nie zawsze jest okrutny, rozumiała gdy nikt inny nie chciał nawet spróbować i gdyby teraz miał ją stracić nie wybaczyłby sobie.
- Proszę, proszę czyżby Bieber się martwił ?
- Jasne. – Prychnął wkładając ręce do przednich kieszeni spodni. – Wmów mi, że jeszcze o ciebie kutasie!. – Warknął robiąc krok do przodu.
- A nie ? Przecież od zawsze martwisz się o mój tyłek nawet nieświadomie, a wiesz dlaczego ? Bo nie macie drugiego tak dobrego pirotechnika jak ja. – Zaśmiał się robiąc z palców znak bombiaży.
- Nie pogrążaj się McCann, twój nędzny tyłek dalej można wypieprzyć w błoto i znaleźć nowy w tym wypadku seksowniejszy.
- Masz na myśli Jessice czy może Leyle ? Bo pieprzyłeś oby dwie czyż nie?. – Parsknął, ruszając powoli biodrami. Wiedział, że tym zdenerwuje Justina. Liczył na to, ale jakie było jego zdziwienie gdy na twarzy chłopaka nie zauważył ani odrobiny gniewu.
- Jeśli myślisz, że zareaguje w jakikolwiek sposób to jesteś śmieszny! Wyobraź sobie, że mam ciekawsze rzeczy do robienia niż słuchanie twojego pierdolenia. – Rzucił, zaciskając dłonie w pięści.
Kolejny krok, kolejne gniewne spojrzenie w kierunku Justina. Nienawidził go tak bardzo jak można znienawidzić samego siebie. Próbował zapomnieć, zmienić się, uciec, by nie móc już nigdy zobaczyć jego twarzy, a tera musi spędzać z nim każdą sekundę, więc czemu miałby ją zmarnować ?
Zacisnął szczękę by wymierzyć pierwszy cios, gdy ich uszu dobiegł przeraźliwy krzyk, krzyk którego tak bardzo obawiał się Bieber. Spanikowany obrócił się po czym ruszył biegiem na przeciwny koniec lasu. Z każdym kolejnym oddechem jego strach narastał. Mógłby przysiąść, że nie bał się aż tak bardzo od tamtego zdarzenia. Skręcił wymijając kolejne drzewa nie zważając na nic innego prócz drobnej postaci leżącej w kałuży krwi.
- Niee !. –Krzyknął upadając na kolana. – Nie możesz umrzeć słyszysz ? Nie pozwolę ci na to. – Wyciągnął telefon z tylnej kieszeni spodni wybierając pośpiesznie numer.
- W czym mogę pomó…. – Przerwał kobiecie w pół zdania wykrzykując nie spójne słowa. – Potrzebna kareta, główna droga przy wjeździe na Florydę. Rana postrzałowa, szybko. - Ściągnął z siebie koszulkę by zatamować wciąż sączącą się ciecz po czym wziął ją na ręce i jak najszybciej ruszył w kierunku szosy.
- Wytrzymaj proszę, wytrzymaj. – Szeptał w jej włosy, cały czas przyspieszając kroku. Bał się, że w każdej chwili może przestać oddychać, że wszystko zniknie i całe szczęście jakie mu dawała wyparuje, a on zostanie z zamarzniętym sztyletem w sercu, bez jakichkolwiek emocji. Wybiegł na drogę prawie wpadając na sanitariuszy. Ułożył jej bezwładne ciało na niszach po czym pośpiesznie wszedł do karetki.
- Co z nią ? Wyjdzie z tego. ?
- Nie mogę nic obiecać. Jej stan jest krytyczny. – Justin opadł chowając głowę w dłoniach, niespełna sekundę później szybko ją podniósł łapiąc Li za zimną rękę.
- Przepraszam…. Gdybym się w tedy odwrócił nie leżałabyś tu na wpół martwa, podłączona do tych wszystkich kabelków trzymających cię przy życiu. Gdybym olał Jason i od razu poszedł cię szukać, byłabyś teraz ze mną. – Słone łzy spływały po jego policzkach gdy on kontynuował swój monolog.
- Nie wiem czy mnie słyszysz czy też nie, ale wydaje mi się, że lepszego momentu już nie będzie by ci o tym powiedzieć. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie ? Od tamtego czasu nie mogę przestać o Tobie myśleć, jesteś w mojej głowie 24/7. Na początku myślałem, że to tylko zwykłe zauroczenie i przejdzie po miesiącu lub po dwóch, ale byłem w pieprzonym błędzie. Z każdym dniem jest coraz gorzej, a kiedy zniknęłaś tak po prostu. Oszalałem. Nie jadłem, nie piłem, nie spałem, nigdzie nie wychodziłem bo byłem zbyt zdesperowany by odnaleźć ciebie, a gdy już to się stało znowu cię straciłem przez swoją głupotę. Tak wiem jestem kretynem, idiotą, egoistą i wszystkim co złe, ale odkąd pojawiłaś się ty moje życie zaczęło znowu nabierać kolorów. Twój uśmiech i melodyjny śmiech sprawiały, że chciało mi się żyć, twoja delikatna cera, lekko zaróżowione policzki, ciało było tak idealnie dopasowane do mojego. Uzupełniałaś mnie w każdym calu i szczerze jesteś pierwszą dziewczyną na której mi zależy. Przepraszam, że nie powiedziałem ci tego wcześniej, ale za każdym razem tchórzyłem, a teraz tego żałuję. Proszę nie zostawiaj mnie, potrzebuję cię do dalszego życia bo bez Ciebie umrę. Jesteś moim tlenem, a bez niego się duszę, jesteś moim całym światem, a gdy odejdziesz zostanę sam, więc proszę zostań ze mną i pozwól wznieść cię mojej miłości wyżej. Nie ważne ile zajmie ci odwzajemnienie tego, ale wiedz , że ja będę tutaj na ciebie czekał, zawsze będę przy tobie obiecuję Kochanie. Kocham cię i już zawsze będę. – Wyszeptał pochylając się nad jej ciałem po czym lekko pocałował jej usta.


________________________________________

Hejj :* :*
Rozdział wyjątkowo smutny, samo pisanie go wywoływało u mnie łzy i jeszcze to pożegnanie. Płaczę. A wy jak myślicie Leyla przeżyje czy może to ostatni rozdział z nią w roli głównej?
Co do ostatniego rozdziału jestem zawiedziona :( Coraz mniej osób komentuje, a ja mam wrażenie, że piszę coraz gorzej. Jeśli macie jakieś zastrzeżenia lub chcielibyście coś zmienić to piszcie śmiało każdego wysłucham i postaram się być lepszą pisarką.
Mam jeszcze jedną wiadomość : dokładnie chodzi o to, że teraz nie mam czasu na pisanie rozdziałów bo praktycznie jestem w każdą sobotę w szkole i teraz mam jeszcze egzaminy, ale obiecuję, że potem już będę dodawała częściej :D Myślę, że zrozumiecie.
Miłego czytania skarby :*

29.11.2014 o godz. 19:46
Hej :*
Kiedyś obiecałam wam, że dodam zwiastun do opowiadania i właśnie teraz spełniam swoją obietnicę. Mi osobiście się bardzo podoba i myślę, że wam też przypadnie do gustu :D
Co do następnego rozdziału - może pojawi się w tym tygodniu lub w następnym.
Życzę miłego oglądania skarby :* :*

Tagi: Brooklyn :*
09.11.2014 o godz. 16:50
W tym samym czasie, kiedy chciał coś powiedzieć dobiegły nas strzały z pistoletu i krzyki , a należały one do Mccann’a ? Co ten skurwysyn tutaj robił ?. Wiedziałem, że po części ten gnój jest w to zamieszany, ale kurwa jaki on miał w tym udział ??. Złapałem się za włosy, nerwowo pociągając za ich końce. Ta gra stawała się coraz bardziej irytująca, a Gonet robił wszystko by doszczętnie spierdolić mi życie.
- Jeszcze będziesz miał okazję go zlikwidować. – Powiedział wyprzedzając mnie, ale ja miałem to cholerne przeczucie, że tam gdzie jest Jason musi być cała reszta. – Wtedy może być za późno. – Ruszyłem wyciągając przed siebie broń. Nie pragnąłem niczego bardziej niż zemsty na nim.

POV Chrisa

- Justin !!. – Warknąłem. Miałem dość, że dla niego liczy się tylko vendetta *, że cały czas myśli o przeszłości. Czasem wydaje mi się, że dalej w niej tkwi i nie może ruszyć na przód. Jestem cholernie pewny, że ten chłopak stojący naprzeciwko mnie to już nie ten sam Bieber co przed wyjazdem. Zmienił się, to co w tedy robił diametralnie zniszczyło jego serce. – Co się z tobą stało ?. Kiedyś bez wahania zrezygnowałbyś z akcji żeby pomóc tym których kochasz, a teraz nie liczy się dla ciebie nic prócz chęć odegrania się. – Przez chwilę myślałem, że trafiłem w jego słaby punkt, ale najwidoczniej myliłem się. On już dawno zapomniał co to znaczy mieć uczucia. – Czy ty się kurwa słyszysz ?? Próbujesz za wszelką cenę przywrócić do życia starego Justina Biebera. Nędznego szczeniaka, bojącego się wejść do płonącego budynku, bojącego się odezwać lub zareagować. Dobrze wiesz, że nienawidziłem tamtego siebie i dalej nienawidzę i wiesz co ci powiem ?? On umarł, więc lepiej się z tym pogódź. – Zaśmiał się, wyrywając rękę z mojego uścisku. – Nie poznaję cię. – Wyszeptałem za oddalającym się przyjacielem.

POV Jessici

Odkąd tutaj jestem mam dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, śledzi. Jest tuż za mną jak mój własny cień. Ilekroć odwracam się do tyłu nie widzę nikogo, ale wiem, że ten ktoś tam jest.
Szłam szybkim tempem, ale tak naprawdę nie wiedziałam gdzie. Miałam już powoli dosyć tego całego syfu. Chciałam wrócić do domu, do Chrisa, do swojego gangu i tego całego gównianego życia którym zajmuję się na co dzień, ale czy właśnie nie przez to się tutaj znalazłam ? Wciągając w to swoją najlepszą przyjaciółkę? Otrząsnęłam się z własnych myśli dopiero, kiedy usłyszałam za sobą szelest liści i czyjeś kroki. Zaczęłam biec co chwilę odwracając się za siebie i wtedy doszły mnie tak dobrze znane mi głosy.
- Chris !!, Justin !! – Krzyknęłam. Byli za daleko by mnie usłyszeć. Chciałam spróbować jeszcze raz, kiedy poczułam na swoich ustach materiał. Kopałam, wyrywałam się, piszczałam, ale to nic nie dało. Opadłam z sił i następną rzeczą jaką zobaczyłam była ciemność.
Leyla gdzie jesteś??

POV Justina

Podskoczyłem, kopiąc z frustracją kolejny kamień. Byłem wkurzony, nie na Chrisa, Dylana czy Jasona tylko na siebie. Tyle razy komplikowałem innym życie, a oni mi wybaczali. Stali za mną murem i zawsze ryzykowali życiem by uratować mój egoistyczny tyłek. Tylko pytaniem jest czy zrobiłbym to samo dla nich ?? Kiedyś bym się nad tym nie zastanawiał, a teraz : Jason czy Jessica ?
Przystanąłem, wszystko wróciło.
Retrospekcja:
- Jesteś nikim. Przyznaj to w końcu. – Po pomieszczeniu rozniósł się wesoły głos Jasona. Trzymał w jednej ręce detonator, a w drugiej nóż przytknięty do policzka Justina. – Nigdy nie zdołasz stąd wyjść, a co dopiero uratować swoją rodzinkę. – Zaśmiał się przecinając mu wewnętrzną część ramienia aż do nadgarstka.
- Jesteś tak cholernie słaby. – Splunął mu prosto w twarz. – Bawisz się moimi najbliższymi, a przecież możesz wykończyć mnie. – Pokiwał głową uśmiechając się. – Zobaczmy to z innej perspektywy. Zabijając Ciebie nic nie zyskam, a zabijając twoją rodzinę zniszczę ciebie. Sprawię, że będziesz cierpiał dzień w dzień. – Szyderczo się uśmiechając przejechał nożem po jego szyi. – A ty nic na to nie poradzisz. – Syknął kalecząc jego klatkę piersiową. – Zanim jednak pozwolę sobie patrzeć na twój ból pozwól, że udzielę ci paru wskazówek. – Klęknął, marszcząc brwi. – Pierwsza : Twoja siostra siedzi na podłodze patrząc na swojego brata i pyta się gdzie idzie ? Ten zaś ignoruje ją i dalej pakuje swoje rzeczy. Przypomnij sobie gdzie w tedy poszedłeś to może zdążysz ich uratować. – Zwinnym ruchem przeciął gruby sznur po czym odszedł.
Chłopak doskonale pamiętał tamten dzień, więc niewiele myśląc pobiegł do opuszczonego magazynu. Już z daleka dobiegł go huk, a potem zobaczył kłęby dymu. Budynek stanął w płomieniach. Przez chwilę nie wiedział co ma robić, ale jednocześnie postanowił, że tym razem nie pozwoli by ktoś zginął. Przynajmniej nikt kogo kocha. Wbiegł do budynku przedzierając się, przez naruszoną konstrukcję pomieszczeń. Wyciągnął swoją rękę osłaniając twarz. Przez dym miał utrudnioną widoczność, ale usłyszał z lewej strony kaszel i wołanie o pomoc. Ruszył w tamtą stronę bez wahania rozplątując sznury, po czym pomógł wstać swojej rodzicielce i wyjść bezpiecznie na zewnątrz, gdzie czekał Mccann.
- Druga : Wali się z góry na dół. Niszcząc każdy grunt, uważaj bo może cię zmiażdżyć. – Perfidnie chichocząc podał mu mapę z zaznaczonym czerwonym krzyżykiem. – Tik – Tok, Tik – Tok. – Czas ci ucieka Bieber. – Krzyknął cofając się.
Ponownie wbiegł do płonącego magazynu tym razem kierował swoje nogi ku schodom prowadzącym do piwnicy. Przeskakiwał co kilka stopni i kiedy zobaczył siostrę siedzącą na krześle ulżyło mu. Była cała, ale przestraszona. Był tak blisko, kiedy przed nim spadła belka blokując mu przejście. Próbował ją przenieść, złamać. Wszystko na nic. Usiadł na podłodze z myślą, że jeśli ona tutaj zginie to on odejdzie razem z nią.
- Justin. – Usłyszał jej szloch. – Uciekaj stąd. – Krzyczała.
- Nie zostawię Cię, nigdy. – Odkrzyknął jeszcze raz próbując ominąć belkę. – Zobaczysz wyjdziemy stąd. – Nie poddawał się, nie chciał dopuścić do siebie myśli, że mógłby ją stracić.
- Spójrz na mnie i obiecaj mi, że chęć zemsty nigdy nie będzie dla ciebie ważniejsza od wyboru uratowania osób których kochasz. – Nie zastanawiał się tylko podszedł najbliżej jak się dało i wyszeptał ciche obiecuję.
Koniec retrospekcji.
Po jego policzkach spływały słone łzy, pierwszy raz w życiu pozwolił sobie na chwilę słabości i nie wstydził się pokazać, że też ma uczucia. Tak bardzo chciał by Mccann cierpiał, jak on w tedy, ale wiedział, że musi poczekać. Przysiągł jej i wiedział, że nie może złamać złożonej obietnicy. Z bólem w sercu zawrócił.
Rozglądałem się na boki, przeczesując nawet najmniejsze zarośla. Póki nie usłyszałem szelestu materiału, który z każdą sekundą stawał się coraz głośniejszy. Zwinnie okrążyłem teren by móc zobaczyć zakapturzoną postać trzymającą w rękach nieprzytomną Jessice. – Jeszcze będziesz żałował, że położyłeś na niej łapy śmieciu. –Warknąłem wyginając mu rękę w drugą stronę, drugą złapałem za kark powalając go na ziemię. Chciał wstać, ale nie pozwoliłem mu na to, podniosłem jego marny tyłek z ziemi by zadać kilka brutalnych ciosów. – Czyżby ten chuj Gonet dalej oglądał swoje przedstawienie z kamer??. – Spytałem przyciskając jego zakrwawioną twarz do jednej z nich po czym kilkakrotnie uderzyłem jego głową w korę drzewa. – Uwaga specjalna wiadomość dla Dylana Goneta. – Zaśmiałem się pocierając dłonie z euforii jaką odczuwałem. Nie byłem sobą, a on dobrze o tym wiedział. – Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał. – Na początku wytępię twoich ludzi, później znajdę Ciebie i zatłukę jak psa, a na samym końcu dopadnę Mccann’ a. Sprawię, że będziecie cierpieć bolesną śmiercią. – Wyciągnąłem z tylnej kieszeni broń po czym strzeliłem. Jego pozbawione oddechu ciało osunęło się na podłoże pokryte świeżą krwią.
W tej chwili wiedziałem co miał na myśli Beadles. Już sam siebie nie poznawałem, a co dopiero inni. Nie zasługiwałem by dalej żyć, byłem potworem szukającym zemsty i ilekroć temu zaprzeczałem wszystko powracało. Cały ten ból , cierpienie. Chciałem dać temu wszystkiemu upust i zrobię to, kiedy tylko dokończę parę spraw.
Wziąłem Jess w ramiona, wcześniej jednak otuliłem ją kurtką. Miałem już ruszać, kiedy poczułem w kieszeni lekkie wibracje. Nie patrząc na wyświetlacz odebrałem.
- Grożenie mi nie popłaca, szczególnie wtedy gdy mam na wyciągnięcie ręki twoją laskę. – Zacisnąłem pięści, szczęka lekko mi drgała. – Oboje dobrze wiemy, że nic jej nie zrobisz. – Uspokoiłem się trochę widząc zmierzającego w moim kierunku Christiana. – Dlaczego jesteś tego taki pewien ?. – Wyczuwałem w jego głosie strach, oo tak lubię mieć kontrolę. – Bo znam sekrety, o których Leyla nie ma pojęcia, a jakim by było to nieszczęściem gdyby się dowiedziała. – Parsknąłem odsuwając się od nadal nieprzytomnej Morgan by zszokowany przyjaciel mógł się nią zająć. – Nic nie wiesz i taka jest prawda. – Warknął. Denerwowałem go i nie ukrywam podobało mi się. – Ahh czyli nie wiem, że Gonet to tak naprawdę zmyślone nazwisko? Oraz nie mam pojęcia, że Leyla jest…… - Przerwał mi. – Czego chcesz ??. – Stawał się taki bezbronny, gdy jego sekrety wychodziły na jaw. Włożyłem rękę do przedniej kieszeni spodni sprawiając, że trochę się osunęły. – Niech pomyślę : Zracjonalizuj mi co dokładnie teraz robi Leyla ?. – Zażądałem spokojnie zataczając kółka. – Znajduje się jakiś kilometr od Ciebie.- Usłyszałem, ale nie to co chciałem. – Nie pytałem się, gdzie jest tylko do chuja co robi ?. – Krzyknąłem podirytowany. Marnował mój czas swoimi wymijającymi odpowiedziami. – Ahh tak jest ze swoją matką, którą usiłuje zabić, a wiesz kto jej w tym pomaga ?? Pieprzony Jason Mccann, chłopak, któremu jestem cholernie wdzięczny za zniszczenie ci po części życia, a wiesz kto je zakończy??. – Śmiał się, torturowanie mnie umysłowo jak i fizycznie dawało mu chorą przyjemność, ale tym razem nie poddam się tak łatwo. – Nie chciałbym być donosicielem, ale jest jeszcze coś. Mccann całował twoją dziwkę, i wiesz co było dla mnie dziwne?? Wcale się mu nie opierała. – Zawołał wesoło, rozłączając się.
Odkąd zobaczyłem ją po raz pierwszy na wyścigach poczułem jak coś we wnętrz mnie pęka. Jej oczy, uśmiech, seksowna figura. Pomyślałem, że niezła z niej sztuka, ale tylko i wyłącznie do przelecenia. Nic więcej, nic mniej. Z czasem, kiedy zdążyłem choć trochę ją poznać, zacząłem postrzegać Leyle inaczej. Nie jak dziwkę do pieprzenia tylko jak dziewczynę, którą będę chronił i opiekował się nią. Może czasem wydaje się być irytująca, egoistyczna, wredna i ma skuteczną technikę walki, ale to właśnie mi się w niej podoba. To, że nie jest zwyczajna tylko wyjątkowa na swój własny sposób.
Chciałem powiedzieć jej jak bardzo wywróciła moje życie do góry nogami, odkąd postawiła swoją nogę w Los Angeles, w naszym domu. Obiecałem sobie, że jak tylko ją znajdę zrobię to, a teraz ? Kiedy dowiedziałem się, że całowała Mccana, a raczej on ją zdałem sobie sprawę, że niepotrzebnie dałem ponieść się uczuciom, w ogóle nie powinienem ich okazywać. Pozwoliłem by stara cząstka mnie powróciła, a teraz cholernie żałuję.
Odwróciłem głowę by spojrzeć na załamanego Christiana. Cierpiał na widok dziewczyny własnej dziewczyny, którą szczerze kochał. Nie mogłem pozwolić by umarła, nie tutaj, nie w tym lesie.
- Chris musimy jak najszybciej dostać się do szpitala. – Położyłem dłoń na ramieniu przyjaciela. – A co z Leylą ?. – Dalej wpatrywał się w wciąż zamknięte oczy Jess. – Ona sobie poradzi. – Warknąłem przejmując Morgan w swoje ramiona. Postanowiłem, zrobić coś dobrego za nim ich opuszczę.
- Justin zostań tutaj znajdź Li i bezpiecznie wróć z nią do Meksyku.
- Jak już wcześniej wspomniałem sama da radę.
- Co cię ugryzło ? Wcześniej rwałeś się by ją uratować, a teraz tak łatwo z tego rezygnujesz. – Zmarszczył brwi nie rozumiejąc dlaczego zmienił zdanie. – Potrzebujesz jej.
Czemu cały czas mi to wmawiasz ? Czego bym nie zrobił zawsze przypominasz mi o niej. – Poruszył się gwałtownie, oczy wypełniła wściekłość. – Zaczyna ci zależeć, nie widzisz tego ? Nie ważne jak będziesz się starał, uczucia nie odejdą. Możesz je maskować ile chcesz, ale i tak wyjdą na jaw. – Przymknął na chwilę oczy, ale nie przestał gadać. – Nie wiem z kim rozmawiałeś, nie mam pojęcia co ci powiedział, ale wiec jedno. Jeszcze nie wyznałeś swoich uczuć Leyli więc tak jakby jest wolna.
- Wiedziała. – Splunąłem, robiąc krok do przodu by podać Chrisowi Jess.
- Justin to, że ktoś zdaje sobie z tego sprawę wcale nie oznacza, że wie co tak naprawdę czujesz. Może jeszcze o tym nie wiesz, ale by poznać prawdę trzeba walczyć do samego końca. Nie tylko o biznes, teren, czy przesyłki, ale także o miłość. Nie poddawaj się.
- Nie chcę nic czuć! Czy ty tego nie rozumiesz ?. – Rzuciłem odwracając się plecami do nich. – Nigdy nie chciałem, i postaram się by wszystko wróciło na swoje miejsce począwszy od Dylana i jego tajemnic.
- Jeśli będziesz potrzebował kiedykolwiek wsparcia to wiesz gdzie nas znaleźć.
- Dzięki, a i Chris zanim się pożegnamy powiedz reszcie, że traktuję ich jak braci
- Ale mam pominąć to co się z tobą dzieje i powiedzieć po prostu, że wyjechałeś. – Tak wiem.
Justin patrzył w dal za oddalającym się Chrisem, nie wiedział jednak, że jedno postanowienie może odmienić jego całe życie. Jeden błąd by wylecieć w górę, dwa to już przeznaczenie. Od samego początku wiedział, że tym razem nie może być samolubny, nie wobec niej i siebie. Chciał być szczęśliwym choć przez parę godzin, ale zawsze będą osoby, które będą chciały zniszczyć to na czym najbardziej mu zależy. Czuł, że bycie blisko niej sprowadza na Leyle mnóstwo niebezpieczeństw, ale nigdy nie pomyślał, że aż do takiego stopnia. Śmierci.
Pragnął mieć ją blisko siebie jednak był zbyt uparty by pozwolić jej zostać przy sobie. Zrobiłby wszystko aby upewnić się, że jest bezpieczna i daleka od krzywd jakie przyszykował dla niej prawie, że on sam.
W tamtym momencie złożył sobie obietnicę, którą przyrzekł dotrzymać aż jej serce nie przestanie bić. „ Zawsze będę cię chronił, stał u Twego boku i kroczył jak cień w pochmurną deszczową noc. Nie zawsze będziesz mnie widziała, ale nie pozwolę aby jakiś skurwysyn mógł cię kiedykolwiek tchnąć. Będę stał na straży, bo zakochałem się właśnie w Tobie. Tam gdzie twój duch także i mój”.

POV Leyli

Poczułam jak moja ręka niebezpiecznie wykręca się w drugą stronę i jedynym dźwiękiem dobiegającym moich uszu było strzyknięcie kości.
- Przestań. – Wyszeptałam upadając na kolana. – Teraz prosisz ?. – Zaśmiała się uderzając ciężkim butem w mój i tak już poszarpany bok. – Myślałam, że Nathan nauczył się czegoś więcej skarbie. – Klasnęła rozcinając moją nogę. Głośno warknęłam, wbijając zęby w dolną wargę, tak mocno, że zasmakowałam własnej krwi.
Oczy cofnęły się do tyłu, chwilowo utrudniając mi widoczność. Słyszałam tylko pojedyncze strzały i nawoływanie Jasona. Byłam bezbronna.
- Twoje ostatnie słowa ?. – Spojrzałam pół przytomnym wzrokiem w górę by spojrzeć w jej gniewne oczy. – Pieprz się. – Wychrypiałam, spluwając krwią. – Poważnie? Nawet w obliczu śmierci jesteś taka irytująca. – Parsknęła podnosząc rękę w której trzymała pistolet, po czym przyłożyła mi ją do skroni.
- Tak się składa, że ja mam coś do powiedzenia. – Nie dowierzałam. On tutaj jest, przyszedł po mnie. – Zginiesz za to do czego się przyczyniłaś. – Chwycił jej chudą ręką, wytrącając z dłoni broń. Przerzucił jej ciało tak, że z ogromną siłą uderzyło o ziemię. Zakrztusiła się. Kilka razy kopnął ją po czym zadał parę brutalnych ciosów.
- Justin dość. – Odwrócił się. Jego oczy były ciemne niemal czarne jak węgiel. Emitowała z nich wściekłość. On nie był sobą. Już nie. – Każesz mi przestać, kiedy ona nawet o tym nie pomyślała. Chciał cię zabić do cholery. – Nigdy nie pomyślała, że oczy mogą przybrać aż tak głęboki odcień czerni, ale w pewnym stopniu wiedziała co się z nim dzieje. Ciemność jaka się w nim kryła próbuje nad nim zawładnąć.
- Tak Justin, ale to wciąż jest moja matka. – Wychrypiałam.
Wydawało mi się, czy przez chwilę widziałam starego Justina. Z wrednym uśmieszkiem na twarzy i błyskiem w oku. Był dokładnie taki jakim zobaczyłam go za pierwszym razem, a teraz zmaga się z samym sobą.


________________________________________

Hejj :*:*
Vendetta - Inaczej zemsta.
Na początku chciałam bardzo podziękować tym 4 osobom, które skomentowały rozdział 12. Kiedy czytałam co napisaliście zrobiło mi się milej na sercu. Więc kiedy zobaczyłam że tylko tym osobą chciało się skomentować postanowiłam, że będę pisała właśnie dla nich. Dziękuję <3
Chciałam też wyróżnić szczególnie SweetHeart za to, że podsunęła mi pewien pomysł co do historii tej dwójki. Podpowiem tylko tyle, że jest to coś drastycznego.
Myślę, że rozdział się spodoba.
Miłego czytana skarby :* :*


23.10.2014 o godz. 18:16
- Słyszałaś ??. – Przeniósł wzrok gdzieś za mnie jakby wiedział skąd dokładnie pochodzi, ale to nie możliwe. Najlepsi z najlepszych nie mogli opanować tej techniki a co dopiero Jason. – Co miałam usłyszeć ??. – Posłałam mu zdezorientowane spojrzenie odwracając się w tym samym kierunku, w którym były utkwione jego oczy.
- Co słyszysz ??. – Byłam nazbyt przejęta by sama wsłuchać się w to co znajdywało się prze de mną. Mogłam się tylko domyślać czy to jest następna pułapka przyszykowana przez Dylana na dzisiejszą noc, czy ktoś nowy złożył nam wizytę, czy już weszliśmy na terytorium innego członka gangu Goneta ??. Miałam tyle pieprzonych pytań i żadnej konkretnej odpowiedzi. Lekko się zaśmiałam przyciągając tym samym spojrzenie Mccann’a. – Co cię tak bawi ??. – Jego wzrok był niemal zabójczy, pociemniały jak dwa małe czarne węgle.
- To nic takiego, po prostu przypomniałam sobie pewną scenę ze szkoły. Kiedy pani od matematyki zadawała mi pytania a ja nie znałam odpowiedzi na żadne z nich. – Wyjaśniłam pośpiesznie widząc jego niezrozumiałe skinienie.
Zaśmiałam się ponownie widząc jak jego twarz rozpogadza się i zmienia w drwiący uśmieszek.
- i pomyśleć, że przez głowę mi nie przeszło, że nasza księżniczka nie jest idealna.- Wyszeptał zmniejszając odległość po między nami. O nie, nie tym razem. Nie mam zamiaru brać udziału w jego chorych , irytujących gierkach. Najpierw jest opiekuńczym, miłym i dość pociągającym chłopakiem, ale za chwilę potrafi być bipolarnym dupkiem.
- Oh.- Wyrwało mi się trochę za nisko niż planowałam, ale chyba podziałało bo oblizał usta w zachwycie i pożądaniu. Nasze ciała były coraz bliżej i bliżej niemal stykały się klatkami piersiowymi.
- Cóż ty na pewno byłeś prymusem … - Uśmiechnęłam się perfidnie zbliżając się do jego ucha.- …. Tylko szkoda, że w pieprzeniu dziwek. – Odepchnęłam go ruszając na przód.
Bywa tak cholernie irytujący. I czasem zastanawiam się, czy wkurzanie mnie nie przynosi mu jakieś satysfakcji. Poczucia wyższości. Chce panować nad wszystkim czego nie może mieć, a chce mieć kontrolę praktycznie nad wszystkim. To w jakim stosunku jest do mnie. Myśli, że swoją dokuczliwą gadką jest wstanie mnie zranić, ale nie widzi, że mnie to wcale nie rusza wręcz przeciwnie pobudza do działania. ( Kotku jeśli chcesz mnie obrazić musisz się bardziej postarać ).
Usłyszałam za sobą krzyki oraz szybkie poruszanie się. Nie przejęłam się tym zbytnio gdyż wiedziałam, że to tylko ten kretyn Jason Mccann. Wiedziałam, że w jego naturze jak również i w mojej nie leży przepraszanie ludzi, ale gdy ktoś jest uparty tak bardo jak ja to nie ma innego wyjścia.
Gdy kroki stawały się coraz głośniejsze, a wrzaski pochodzące prosto z jego niewyparzonej buzi coraz bardziej wyraziste mogłam usłyszeć ostrzegawczy, zduszony okrzyk.
- Uciekaj…… Uciekaj….. – Jego głos łamał się. Brakowało mu powietrza od ciągłego biegu i choć wiedziałam, że to coś co go goni wybrało się na polowanie, a za danie główne wzięło sobie nas to byłam na tyle wredną suką aby dać mu trochę nauczki.
Idąc dalej spokojnym krokiem udawałam, że wciąż jest za daleko abym mogła go usłyszeć. ( Oh tak pomęcz się jeszcze trochę ).
- Biegnij… Kurwa Leyla schowaj tą swoją pieprzoną dumę i choć raz mnie posłuchaj.- Warknął i, kiedy chciałam się odwrócić aby odpowiedzieć mu tym samym poczułam jak chwyta mój nadgarstek zmuszając do szybkiego biegu.
- Co do cholery ??....- Wyszeptałam , gdy drogę przecięły nam dwa Hamery H2.
- Kurwa po prostu świetnie. !! Jesteś teraz z siebie zadowolona ?? Popatrz gdzie te twoje pierdolone humorki nas zaprowadziły. Jesteśmy uwięzieni w pułapce i wyobraź sobie, że to wszystko przez ciebie!!. - Jego mięśnie były napięte, szczęka zaciśnięta, a wzrok niemal czarny i przysięgam gdyby mógł zabijać byłabym jego pierwszą ofiarą. Ale czy się tym przejęłam ??. Nie, nie obchodziło mnie jak bardzo jest wkurwiony, nie byłam też zła na fakt, że o wszystko obwiniał mnie. Nie obchodziło mnie nic prócz dwóch tak dobrze mi znanych aut i wychodzących z nich ludzi. Dokładnie kobiety o niskim wzroście miała może z 165 cm wzrostu jak nie mniej. Włosy lekko falowane swobodnie opadały jej na plecy. Blada cera idealnie kontrastowała z lekko różowymi policzkami. Była dokładnie taka jak ją zapamiętałam tylko czy ona wciąż pamięta mnie ??
Zrobiłam krok do przodu, ale zaraz zostałam pociągnięta do tyłu. Tak, że teraz byłam schowana za umięśnionym ciałem Jasona. Gdy ta zrobiła kilka kroków w naszą stronę spiął się wyciągając z tylnej kieszeni broń. Wiedziałam, że nie pozwoli aby ktokolwiek zrobił mi krzywdę i to mnie w nim pociągało. Zaraz co?? Leyla jak możesz myśleć o czymś takim w takiej chwili, przecież on może zabić twoją mamę. – Powoli wyciągnęłam rękę kładąc ją delikatnie na jego umięśnionym ramieniu.
- Spokojnie Jey !!. – Wyciągnęłam za paska również swoją spluwę by chwilę później wycelować nią prosto w jej głowę.
- Leyla. – Uśmiechnęła się robiąc jeszcze jeden krok w moją stronę.- Wypiękniałaś.- WOW po tylu latach jest wstanie powiedzieć tylko tyle. Żadnego przepraszam, żadnych wyjaśnień. Cóż chyba się trochę przeliczyłam.
- Słuchaj nie kojarzę cię, nawet cię nigdy nie widziałam, przypadkiem nie spotkałam, a ty mi mówisz, że wypiękniałam ??. – Podniosłam swój głos. Byłam wkurzona, rozczarowana ?? Sama nie wiem, ale najbardziej zabolał mnie widok jej twarzy. Smutek powiązany z żalem. Nigdy się nie spodziewałam, że ujrzę ją jeszcze w tym życiu, zawsze byłam przekonana, że czuwa nade mną, ale w formie jakiegoś anioła stróża, a teraz stoi przede mną z wysoko podniesioną głową. Przez całe pieprzone pięć lat żyłam w przekonaniu, że moja mama nie żyje. Błąd wszyscy żyliśmy w jakimś horrorze, radząc sobie na własne popaprane sposoby. Ja – odpychanie bólu, uodparnianie się. Nathan – zatracanie się w nim. Skrzywdziła nas tak bardzo tylko dlaczego?? Czyżby ukrywała coś jeszcze ??
- Dlaczego ??. – Wyszeptałam, wychodząc powoli za muskularnej sylwetki Jasona. Dalej trzymając przed sobą broń. Nie wiedziałam do czego była zdolna, ale byłam na tyle odważna by wyjść jej naprzeciw.
- Nie miałam wyjścia, byłaś zbyt ciekawskim dzieckiem. Z każdym dniem zadawałaś coraz więcej pytań, za wiele. W końcu postawiono mi wybór : pozbycie się ciebie lub siebie. – Krzyknęła odwracając się na pięcie by odejść w kierunku pobliskiego drzewa, gdzie znajdowała się jedna z kamer. Jednym zwinnym ruchem rozwaliła ją.
- Byłaś przekonana, że się nie dowiem…. prawda?? , gorzej byłaś tego pewna. Więc mam jeszcze jedno pytanie. Co jeszcze ukrywasz ??.- Podeszłam szybkim krokiem przykładając jej pistolet. – Tylko tym razem kurwa nie kłam. – Warknęłam ładując gnata.
Byłam wściekła, zła mało powiedziane byłam na krawędzi przepaści, z której jest naprawdę ciężko zejść. Kiedy cię pochłonie, zatracasz się w tej nicości z każdym dniem coraz bardziej i bardziej, i kiedy jesteś co raz bliżej wyjścia, uwolnienia się to ciągnie cię z powrotem w dół. Choćbyś chciał się uwolnić nie masz czego się złapać, nie masz osoby, która zabrałaby od ciebie ten cały ból. Dusisz się. Instynktownie pragniesz złapać powietrze…… i po kilku sekundach nabierasz nadziei na to, że możesz wygrać, że możesz dać radę i iść dalej. Wiem jak już tam jest, tkwiłam tam przez 4 lata póki Nathan mnie nie odnalazł, a ja już nie mam zamiaru wracać do tego cholernego bólu. Prawie się poddałam, chcąc tak bardzo dołączyć do rodziców, ale najwidoczniej tylko zmarnowałam kawałek swojego życia.
A teraz także swój czas. Stała cicho wpatrzona w moją twarz tak jakby wiedziała, że nic jej nie zrobię bo co ?? bo jest moją matką. Już dawno została zwolniona z tej funkcji. Przynajmniej przeze mnie.
- Najwyraźniej historia lubi się powtarzać. Daje ci dwa wyjścia : pierwsze opowiesz jej wszystko zgodnie z prawdą, drugie– bo jak nie to wysadzę cię w powietrze, wcześniej ściągając z ciebie skórę.- Wzdrygnęłam się na jego słowa. Każde z nich było przesiąknięte jadem, wrogością. Wiedziałam, że nie żartuje w takiej kwestii, wiedziałam, że jest do tego zdolny i jeszcze do paru gorszych rzeczy. Pomimo tego nie miałam zamiaru go zatrzymywać. Chciałam się dowiedzieć prawdy i nie obchodziło mnie w jaki sposób do niej dojdę.
- Próbujesz mnie wystraszyć ?? czy może raczej rozśmieszyć ??. – Zadrwiła przy czym ledwo zauważalnie skinęła głową. Dała im znak by to zakończyć tylko nie zauważyła, że jej córeczka jest na tyle spostrzegawcza by na to nie pozwolić. Dyskretnie wyciągnęłam z kieszeni nóż posyłając Jasonowi ostatnie ostrzegawcze spojrzenie zanim odchyliłam się do tyłu celując prosto w głowę mężczyzny, który stał tuż za mną. Cichy jęk wydobył się z jego pokrytych krwią ust po czym jego bezwładne ciało opadło na ziemię.
- Skądże. – Prychnęłam. – Usiłujemy tylko pozbawić tchu tą piękną kłamliwą twarzyczkę. – Parsknęłam posyłając jej wredny uśmieszek.

POV Justin

To niemożliwe. Nie, nie, nie. Chodziłem w kółko co rusz przystając by rozglądnąć się na boki. Co to kurwa ma być ??. Ta mała martwa blondyneczka zapomniała nam wspomnieć o jakimś zejściu czy coś. Bo jestem cholernie pewny, że ten pieprzony kilometr minął jakąś godzinę temu i jesteśmy znacznie dalej niż przypuszczam.
Gdyby jeszcze żyła nie odpuściłbym jej takiej zmyły. Klękałaby przede mną prosząc o śmierć bo po tym co bym jej zrobił odechciałoby jej się żyć.
- Świetnie panie wszystko wiedzący!! Po prostu zajebiście spieprzyłeś całą robotę. – Jakby mu się to nigdy nie przytrafiło, ale mi to już całkiem co innego. Biznes = dokładność = strategia = Justin Bieber. Przecież się nie przyznam do popełnienia błędu. Co jak co, ale mam swoją dumę, która póki co sięga wyżej niż to całe serce i uczucia. Jeśli ktokolwiek w ogóle je posiada.
- Tak zwal wszystko na przyjaciela. Ten jeden raz ci pozwolę, ale wiedz, że odwdzięczę się.- Szturchnąłem go. – Wracajmy na pewno coś przeoczyliśmy. – Uśmiechnąłem się powoli cofając swojego nogi.
Szliśmy w ciszy. Nie była ona niezręczna, była wręcz komfortowa. Boże zmieniam się w babę. Z pewnością spędzam za dużo czasu z rozczulonym Christianem. Jak już wyjdę z tego gówna w jednym kawałku to jadę zaszaleć. Może wyścigi dawno mnie tam nie było, a z pewnością pojawiają się tam niedoświadczone małolaty. Hmm przydałby się nowy wóz bo powiedzmy, że ten został zmasakrowany, a naprawa wyniesie mnie więcej niż trzy takie auta.
- Myślisz, że one jeszcze żyją ??. – Wyrwało mnie z zamyśleń ciche, a zarazem niepewne pytanie na które sam nie znałem odpowiedzi. Wiedziałem, że są silne i nie tak łatwo je złamać, ale to są w końcu dziewczyny co do prawdy wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Potrafią dokopać niejednemu facetowi, zabić z zimną krwią, albo torturować. Więc ….. niby znałem już odpowiedź, ale nie byłem do końca przekonany.
- Stary tego nie wiem, ale jednego jestem pewny : nieważne z czym lub kim się teraz przyszło im zmierzyć to jest Leyla i Jessica. Są twarde, egoistyczne oraz posiadają swoją pieprzoną dumę. – Klepnąłem go pocieszająco w ramię. Zagryzając przy tym wargę.
Pewność siebie to część mnie, obojętność – brak jakiejkolwiek emocji przez te parę lat żadna dziewczyna nie wpłynęła na moje zachowanie aż tak bardzo jak Leyla. Sprawiła, że myślę o niej dzień i noc – noc i dzień. Chęć bronienia jej jest dla mnie głównym priorytetem jakąś nienamacalną udręką chociaż chciałbym się odwrócić zostawić ją choćby nawet tutaj w tym lesie nie mogę. To coś karze mi ją odnaleźć, być zawsze u jej boku czy jest denerwująca czy słodka. Ja … ja po prostu nie mogę!!. Na początku myślałem, że to tylko głupie zauroczenie, że to minie ale z każdym dniem jest coraz gorzej. To co do niej czuję jest coraz silniejsze, nieodwracalne i cóż byłbym strasznym skurwysynem gdybym to wszystko zdusił w sobie. Muszę stąd wyjechać zapomnieć o niej. Tak to jest jedyne rozwiązanie, kiedy tylko ją odnajdę sprawdzę co z biznesem w Atlancie, może gdzieś dalej. – Bieber ??.
- Czego ??. – Warknąłem idąc dalej przed siebie. Jakoś nie za bardzo interesowało mnie co miał do powiedzenia. – Justin widzę twoją minę. Jest dokładnie taka sama jak w tedy gdy oznajmiłeś nam, że wyjeżdżasz i, że nie wrócisz zbyt szybko. Myślisz o tym w tej chwili prawda ?? Zastanawiasz się czy aby znowu nas nie opuścić ?? – Kurwa czy on zawsze musi wszystko wiedzieć?? Czy to aż tak widać ??
- Możliwe. –Burknąłem wkładając dłonie do przednich kieszeni spodni.
- Bo co ?? Bo boisz się, że możesz coś do niej poczuć ?? Że może stać się dla ciebie tym kim jest dla mnie Jessica ?? – To już się stało !! Odpowiedziała mi moja podświadomość. Tylko cóż ja już to wiedziałem, a szkoda bo chciałbym zapomnieć.
- Zapamiętaj sobie. Justin Bieber niczego się nie boi, a już na pewno nie zakochuje się w małych kurwach. – Odwróciłem się. Jednak wcześniej przybrałem maskę obojętności by nie zauważył, że moje własne słowa mnie zabolały. W tym samym czasie, kiedy chciał coś powiedzieć dobiegły nas strzały z pistoletu i krzyki , a należały one do ….

________________________________________

Hejjj :*
Spodziewaliście się takiego zakończenia ?? Ciekawe kogo usłyszeli chłopaki ?? Jak myślicie Jus wyjedzie i zostawi mafie, a może zostanie ??
- Nie wiem czy zauważyliście, ale zmieniłam trochę bohaterów i ich opisy. Są bardziej szczegółowe. Więc jeśli ktoś by chciał to może się jeszcze raz z nimi zapoznać.
- Z racji tego , że zaczęła się szkoła rozdziały będę dodawała w tedy gdy znajdę troszkę czasu, ale nie martwcie się nie będzie to trwało długo :P
Miłego czytania skarby :* :*

06.09.2014 o godz. 22:02
Szłam powoli wzdłuż drogi, potykając się nawet o najmniejszy patyk. Nie mogłam zrozumieć swojej słabości, bezsilności w tej chwili. Byłam, żałosnym małym dzieckiem z dość mroczną przeszłością. Dzieckiem, które bało się całe miasto, a to wszystko tylko dlatego, że kiedy miałam 14 lat wplątałam się w handel narkotykami, sprzedawałam dragi i służyłam jednemu z najniebezpieczniejszych dilerów na świecie, który później okazał się szefem mafii. Niektórzy zastanawiają się dlaczego nie odeszłam?? Przecież miałam wybór. Mogłam odejść i żyć normalnie, ale za jaką cenę. Wszyscy, którzy mnie znali bali się do mnie podejść, zbliżyć choćby na metr, a mieszkałam na Brooklynie. Dzielnica miała opinię dosyć tajemniczą. Ludzie z wyższych sfer bali się nawet pomyśleć co tam się dzieje. Policja przejeżdżała tylko jeden raz w roku i to w opancerzonym pojeździe bojąc się o własne życie. To co opowiadają to w wielkiej części bzdury, owszem jest niebezpiecznie, trzeba uważać na okolice i to z kim się zadajesz, ale wcale nie jest tak źle. Można powiedzieć, że bawimy się dużo lepiej od tych snobistycznych, kolesi w szykownych garniturach oraz kobiet z nienaganną postawą i ubiorem. U nich musi być wszystko idealne, sztywne. Te wszystkie maniery, sztywne rozmowy i „imprezy”. Na początku myślałam, że będzie fajnie wkroczyć w ten duży świat, poznać ich kulturę, wyjść gdzieś po za niebezpieczeństwo, ale ono nie kończy się tylko i wyłącznie na okolicy, którą znam od dziecka, która mnie wychowała. Styl życia jaki wybrałam sobie na początku swojego życia podąża i będzie podążał za mną aż do końca tej chorej gry, którą zwą życiem.
Moje wspomnienia przerwał ostry ból w nodze powodując, że na chwilę przystanęłam. Jedną ręką wzmogłam się o ramię Jasona tak, aby zmniejszyć nacisk na wciąż pulsujące miejsce.
- W porządku ??. – Jego głos był przesiąknięty troską. Sama jego twarz wyrażała zmartwienie. On znany bombiaż i kryminalista na całym świecie. Chłopak bez uczuć, martwił się o mnie ?? Nigdy bym nie podejrzewała go o takie emocje, nie jeśli chodziło o samego Jasona Mccann’a. – Jasne. To nic czego wcześniej bym nie doświadczyła. – Posłałam mu delikatny uśmiech, po czym skrzywiłam się na odczucie bólu, które przepłynęło jak iskra po całym moim ciele. – Słuchaj Leyla wiem, że przeszłaś gorsze rzeczy, za pewnie to dla ciebie nic poważnego, ale w tej chwili daj sobie pomóc. – Wyszeptał wprost do mojego ucha, obejmując jedną ręką moją talię. – Jason…- Szepnęłam, ale on przerwał mi machnięciem ręki.- Daruj sobie, nie przyjmuję sprzeciwu. – Warknął delikatnie podnosząc moje ciało za nim zdążyłam choćby zareagować. – Świetnie: dobrze wiedzieć, że mam coś jeszcze do powiedzenia. – Mruknęłam w niezadowoleniu, wtulając się w jego klatkę piersiową.
Poczułam się dokładnie jak dwa lata temu, kiedy po wykonaniu „ brudnej roboty” zaszyłam się w jednym z zaułków, dociskając materiał koszulki do rany postrzałowej. Czułam, że to ten moment, mój czas, w którym muszę odejść. Zostawić to popaprane życie za sobą i rozpocząć całkiem nową rolę, lecz Bóg miał inne plany dla mnie. „ Zesłał” mojego wujka Nathana i jego „ rodzinkę” aby się mną zajęli, i co z tego mam ?? Owszem wyszłam z tego cało, spędziłam prawie trzy tygodnie w szpitalu walcząc o życie żeby później dołączyć do następnej mafii, z nowymi problemami, wrogami. Tylko po to, żeby nie zaczynać ‘ nowego’ życia, nowej przygody, wiedząc, że i tak bym nie dała rady. Bo powiedzcie mi kto by chciał zaprzyjaźnić się z dziewczyną, która zajmuje się na co dzień nielegalnymi rzeczami ??. Zdecydowanie nikt normalny. Nawet jeśli bym spróbowała ukryć swoją przeszłość, zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli cię zniszczyć bezwarunkowo. Choć Nathan upierał się i niemal błagał na kolanach bym z niego zrezygnowała, nie mogłam. Zbyt wiele poświęciłam by teraz zrezygnować bez walki. By poddać się już na samym starcie. Może i jestem w połowie słodką, miłą i słabą dziewczynką, ale nie zobaczysz tego we mnie, chyba że zdarzy ci się wejść w środku nocy do mojego pokoju. Wtedy nie zobaczysz nic po za zwykłą nastolatką nieradzącą sobie z własnymi problemami. Oh brzmi to tak samo żenującą jak wygląda. Kto by pomyślał. Moje życie to jeden wielki bałagan, którego nie da się uporządkować. Uwierzcie próbowałam. Jednak każda kolejna próba okazywała się totalną klapą.
- Kurwa Jason mówię ci już po raz setny, że powinniśmy skręcić w tamtą ścieżkę.- Dobiegł mnie dość zdenerwowany głos. Czyżby nasza mała irytująca dziwka, znaczy Alex postanowił wyrazić swoją i tak mało ważną, nikogo nie obchodzącą opinię ?? – Wiem gdzie idę !! Więc łaskawie zamknij swój ryj i idź przed siebie za nim rozwalę ci łeb. – Krzyknął powoli stawiając mnie na nogi, po czym wyszedł tuż przede mnie zmierzając w kierunku brata. Ciekawi mnie dlaczego ta dwójka jeszcze się nie pozabijała. Właściwie to dalej nie wiem co oni tutaj robią ??, czego chcą?? , a co najważniejsze co z tego będą mieli??. Przecież bezinteresownie nie przychodziliby tutaj wiedząc, że skazali się na pewną śmierć.
- Hejj!!. – Krzyknęłam, zwracając tym samym ich uwagę. – Jeśli dalej macie zamiar zachowywać się jak dzieci, to może lepiej będzie jak się od was oddalę, bo szczerze wasza dwójka przyprawia mnie o ból głowy.- Z każdym wypowiedzianym słowem zbliżałam się do nich w końcu stykając się klatką piersiową z natrętnym Mccannem. – Nie wiem co wasza dwójka chce osiągnąć, nie wiem także z jakiego powodu tutaj jesteście, ale przez wasze kłótnie na pewno tego nie osiągniecie. Więc może na jakiś czas przestaniecie skakać sobie do gardeł i skupicie się na tym co jest naprawdę ważne, albo rozejdziecie się i każdy zrobi to na własną rękę. – Posłałam im wrogie spojrzenie zatrzymując je na ułamek sekundy przy zdezorientowanym Alex’ie.- Wiesz co ?? Po raz pierwszy odkąd cię znalazłem powiedziałaś coś mądrego, więc tym razem dziękuję za naprawdę świetną radę kochanie.- Przybliżył się składając na moim policzku krótki całus, po czym odwrócił się na pięcie w przeciwnym kierunku i tak po prostu odszedł.
- Świetnie, o jednego debila mniej. – Westchnęłam. Miałam zamiar mu porządnie wytłumaczyć pewną zasadę, ale kiedy tylko się odwróciłam zderzyłam się z umięśnioną klatą Jasona. Zachłysnęłam się powietrzem przez bliskość, która po miedzy nami panowała. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że stał tak blisko mnie. – Zostaliśmy sami skarbie.- Pochylił się składając pojedynczy pocałunek na moich popękanych ustach, który zdecydowanie oddałam. Nie zrozumcie mnie źle, kocham Justina i on zawsze będzie tym jedynym, ale my nawet nie jesteśmy razem. Skąd mam wiedzieć, że odwzajemnia to samo uczucie ? Z tego co wiem jest raczej typem chłopaka, który lubi się zabawić z dziewczyną, ale związek na poważnie, na stałe. Nie jestem wstanie potwierdzić tego, że wytrzyma bez innej.
Powoli odepchnęłam go od siebie posyłając mu szeroki uśmiech, co oczywiście odwzajemnił.
- Powinniśmy ruszać dalej. – Powiedziałam wskazując placem kierunek w, którym zmierzaliśmy. Chwilę się nad tym zastanowił po czym skinął lekko głową na znak, że się zgadza.
- Jestem tutaj dlatego, że ten skurwysyn Gonet odważył się porwać moją przyrodnią siostrę.- Na początku nic z tego nie rozumiałam, więc skinęłam głową by mówił dalej. – Miesiąc temu mój tato powierzył mi w opiece moją szesnastoletnią siostrę Katherine. Niestety wypadło to w ten sam tydzień, kiedy musiałem zmierzyć się jednym z gangów. Prosiłem by przywiózł ją dwa dni później, ale odmówił. Musiałem iść, nie miałem innego wyboru, więc zadzwoniłem do Mike by pilnował ją tej nocy. Wyszedłem odwaliłem swoją robotę, a kiedy wróciłem zobaczyłem wyważone drzwi, nie zastanawiałem się długo wbiegłem do środka tylko po to by zobaczyć martwe ciało swojego najlepszego przyjaciela z przyczepioną kartką. Podniosłem ją i wolno zacząłem czytać.
„ Jesteś taki naiwny Jay!! Myślałem, że chronienie bliskich jest twoim głównym priorytetem, ale ty zawsze będziesz stawiał biznes ponad wszystko. Nigdy nie przestaniesz być Dragonem!! Nawet jeśli z całych sił będziesz chciał go wyrzucić ze swojego życia, on zawsze będzie twoim cieniem.
Co do twojej małej siostrzyczki, jest bardzo wyszczekana. Założę się, że charakterek odziedziczyła po tobie, lub po Dragonie*. Hahaha nie martw się oddam ją jak tylko skończy się moja mała gierka.
PS: Jak już opłaczesz przyjaciela to liczę, że przyłączysz się do gry. „
Dawny przyjaciel..
- Wiesz dlaczego tak się podpisał ??. – Spojrzałam pokazując mu niezrozumiały dla mnie wątek. – Kiedyś byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Każdy dzień spędzaliśmy razem. Byliśmy niemal nie rozłączni. – Wyjaśnił mi. Jego twarz nie ukazywała niczego prócz bólu jaki odczuwał. – Dlaczego to się zmieniło ??- Spytałam biorąc jego dłoń w swoją, by dodać mu trochę wsparcia. – Kiedyś siedzieliśmy w tym gównie razem. Jason i Dylan przeciwko światu. Miało tak być już na zawsze, ale pewnego dnia popełniliśmy błąd. Wychodząc na spotkanie z przeciwną grupą zapomnieliśmy zamknąć drzwi. Brat Goneta wszędzie za nami chodził. Był dosłownie wrzodem na dupie i tego dnia też polazł za nami. Nie wiedzieliśmy, że on wszystko podsłuchuje tuż za ścianą. – Jego głos załamywał się z każdym wypowiedzianym słowem. Wiedziałam, że to musi być dla niego bardzo trudne, ale wiedziałam też, że jeśli wygada się komuś to ciężar na jego plecach zmniejszy się o połowę. Będzie mu łatwiej. Przez kilka minut szliśmy w milczeniu. Widziałam, że zbiera w sobie odwagę by dokończyć opowiadanie mi tej historii.
- W kilka minut pojawił się przed nami wraz z Tyson’ em u swego boku. Był pobity ledwo łapał powietrze. Oni myśleli, że był szpiegiem, a tak naprawdę był tylko głupim szczeniakiem, który nie wiedział w co się pakuje. Próbowaliśmy z nimi rozmawiać, nawet użyliśmy siły, ale to nic nie dało. Zabili go na naszych oczach. Po tym zdarzeniu Dylan do nikogo się nie odzywał, zamknął się w sobie. Myśleliśmy, że przejdzie mu, że to tylko kwestia czasu, ale kiedy wrócił… Obwinił mnie o jego śmierć. Powiedział, że mogłem zrobić o wiele więcej by go uratować, a nie zrobiłem nic. Tamtego dnia przysięgłem sobie, że skończę z tamtym życiem, że nie pozwolę już nikomu nikogo skrzywdzić. Miesiąc temu złamałem tę obietnicę. – Po jego twarzy spłynęła kropla cieczy, którą szybko otarł.
- Przepraszam, nie powinnam.- Dotknęłam jego policzka chcąc go do siebie przytulić, ale on się szybko wyrwał. Jego twarz pociemniała, a mięśnie napięły. Byłam pod wrażeniem, że tak szybko się pozbierał. – Słyszałaś ??...

________________________________________

Hejj :*
Chciałabym wam podziękować za 9 komentarzy pod ostatnim rozdziałem. To wiele dla mnie/ nas znaczy. Dziękuję również za 19592 wejść. Bardzo się cieszę, że wciąż tutaj zaglądacie i czekacie na kolejne wypociny. Tak wiem rozdział trochę spóźniony, za co przepraszam, nie miało tak wyjść.
Dragon* - ksywka Jasona, którą nadali mu przyjaciele z gangu.
Informacja
Z racji tego, że w niedzielę wyjeżdżam na obóz taneczny rozdział dodam dopiero jak wrócę. Czyli za dwa – trzy tygodnie.
Ale jeśli się postaracie i będzie 9 komentarzy to dodam go w piątek. :* :*
22.07.2014 o godz. 13:34
Przepraszam was wszystkich, zawiodłam na całej linij, nie tylko was, ale i także moją siostrę. Zdaję sobie sprawę, że rozdziału nie ma już ponad dwa miesiące, nic nie dodaję, nie informuję, kiedy każdy/a z was go oczekuje. Obiecałam, że rozdział dodam jak tylko skończą się egzaminy i co ?? NIC, totalna pustka, nawet nie mam kiedy się za niego zabrać. Zbyt wiele spadło na moje barki przez te miesiące. Wiem, że żadne przeprosiny mnie nie usprawiedliwiają, ale proszę zrozumcie mnie... Przepraszam że zaniedbuję tę historię, kiedy wy się staracie i komentujecie. Doceniam to, postaraliście się. To bardzo motywuje. Przysięgam, że zregeneruję się i dodam rozdział jeszcze w tym tygodniu. Przepraszam za zaniedbanie was :(
Jeszcze raz przepraszam was za taką porażkę, zawiodłam i to najbardziej boli. Przepraszam i obiecuję, że to się nigdy więcej nie powtórzy :D
13.07.2014 o godz. 20:15
POV Leyli

Obudziłam się z lekkim bólem głowy, w zupełnie nie znanej mi części lasu oparta o dość grube drzewo, które zasłaniało moje drobne ciało, od unoszącej się mgły. Z tego co słyszałam miałam unikać tej części i tak faktycznie było. Przynajmniej nie pamiętam abym przyszła tutaj o własnych siłach. Nie dałabym rady. W ogóle jak ja się tutaj znalazłam ??. Moje myśli błądziły gdzieś po za umysłem doszukując się jakich kol wiek przebłysków pamięci ale nic z tego, niczego nie pamiętałam. Najgorszą rzeczą był jednak fakt, że nie wiedziałam ile czasu przespałam, a on był najważniejszy.
Powoli podniosłam się z brudnej ziemi i kiedy chciałam zrobić pierwszy krok poczułam ostry ból w nodze. To tak jakby ktoś wkładał w moje ciało sztylety raz za razem dodając nowe. Ból nasilał się z każdą sekundą, sprawiając że dławiłam się każdym zaczerpniętym powietrzem. Spróbowałam zrobić kolejny krok mimo bólu rozchodzącego się po mojej nodze. Jęknęłam upadając na wilgotną ziemię.
Chciałam ponownie wstać, kiedy poczułam mocny chwyt na ramieniu. – Nie waż się robić tego ponownie!!!.- Warknął jakiś chłopak za mną. Lecz za nim go posłuchałam zdołałam ostatkiem sił przerzucić go na drugą stronę. Leżał teraz przede mną mamrocząc co chwilę, coś nie zrozumiałego.
- Kim ty do cholery myślisz, że jesteś aby mnie dotykać??. – Syknęłam z wyczuwalnym jadem w głosie. Patrząc jak podnosi się z ziemi z tym śmiesznym uśmieszkiem na ustach. Przysięgam jak by wzrok umiał zabijać to on już dawno leżałby martwy.
- Hmm zadziorna lubię takie.- Oblizał usta po czym przykucnął obok mnie z triumfalnym uśmiechem, myśląc że wygrał. To cię zadziwię : przegrałeś w tym samym momencie kiedy miałeś czelność położyć na mnie swoją paskudną rękę.
- Lubić to ty możesz swoje przerośnięte ego, ale nie mnie!!!.- Powiedziałam przesłodzonym tonem, który wiedziałam że zdenerwuje go jeszcze bardziej.
- Posłuchaj mnie mała suko. Ja na twoim miejscu siedziałbym cicho, jeśli wiesz co jest dla ciebie dobre. Bo nawet nie wiesz z kim zadarłaś!!!.- Złapał za nogawkę moich skórzanych spodni po czym jednym zwinnym ruchem rozerwał je na pół. Spojrzałam w dół i to co zobaczyłam przeraziło mnie. Moja noga była cała poparzona, a gdzie nie gdzie widziałam odłamki metalu. Jak one się tam kurwa znalazły??.
- Chyba jeszcze się nie zrozumieliśmy. Po pierwsze suką to możesz sobie nazywać panienkę, która wyląduje ci w łóżku, a po drugie widać, że jesteś pieprzoną dziewczynką, która w chwili niebezpieczeństwa siedziałaby cicho, wiedząc co jest dla niej dobre.!! – Odgryzłam się, posyłając mu chamski uśmieszek. Patrzyłam jak jego mina ulega całkowitemu zdziwieniu, lecz po chwili zaśmiał się wpadając w histeryczny śmiech. Serio próbowałam trzymać swoją złość w sobie, ale kiedy śmiech się nasilał po prostu wybuchłam. – Co cię tak rozbawiło pieprzony idioto ?? Bo ja nie widzę w tym nic zabawnego.- Krzyknęłam. Moja złość sięgała zenitu, kiedy zobaczyłam chłopaka stojącego tuż za tym psychicznie chorym dupkiem. Był nieco niższy, ale umięśniony co dawało mu dużą przewagę. Wpatrywałam się w niego przez chwilę i zdawało mi się, że już skądś go znam. Chwileczkę on jest podobny do Justina, ale to nie możliwe on nie wie gdzie jestem.
- Zamknij mordę Alex chyba, że chcesz abym znów ci ją poprzestawiał.- Warknął uderzając go w tył głowy. Yeaaa zachichotałam, przynajmniej się zamknął. W duchu odpierdalałam jakiś szalony taniec szczęścia dziękując Bogu, że zesłał na mnie wybawienie w postaci nieznajomego mi chłopaka. Przynajmniej on wyglądał na rozgarniętego.
- O co ci kurwa chodzi Jason ?? Najpierw masz mnie gdzieś i mówisz, że działasz na własną rękę, a teraz pojawiasz się praktycznie znikąd i napierdalasz w moją głowę.- Warknął podnosząc się, po czym popchnął go na drzewo. – Hej!!! Jaki jest wasz pierdolony problem ?? Pojawiacie się tutaj w najmniej oczekiwanym momencie, z niewiadomym mi zamiarem tracąc mój cenny czas, więc serio przestańcie skakać sobie do gardeł i pomóżcie mi zanim przyłożę któremuś z was. – Krzyknęłam podnosząc się na rękach i kiedy już miałam wstawać poczułam na mojej talii parę oplatających mnie rąk, które ponownie pociągnęły mnie na ziemię.
- Po pierwsze nie tym tonem, jakbyś jeszcze nie zauważyłam staram się być dla ciebie miłym, a po drugie nie wstawaj chyba, że chcesz aby te małe metalowe bomby wybuchły rozwalając twoją nogę na strzępy. – Czekajcie czy ja dobrze usłyszałam, mam w nodze bomby??. Kiedy zdołam się stąd wydostać to pierwszą rzeczą jaką będę miała do zrobienia będzie uduszenie Jessici za to ile musiałam dla niej znieść. – Spokojnie kochanie zaraz się tym zajmę.- Zobaczyłam jak Jason wyciągnął z kieszeni spodni mały scyzoryk. Proszę powiedzcie, że on nie ma zamiaru zrobić tego co mam na myśli. Znaczy dobrze byłoby pozbyć się tego całego gówna z mojej nogi, ale serio wolę aby zrobił to ktoś to ma chociaż minimalne doświadczenie w tej branży. Boże spraw, aby ten kretyn zaczął się za chwilę śmiać mówiąc, że tylko żartował i tak naprawdę nic nie będzie ruszał. Spojrzałam jeszcze raz w tamtym kierunku i przeraziłam się, kiedy moje oczy napotkały jego rękę niebezpiecznie blisko mojej kończyny.
- Hej !!!.- Zawołałam w pośpiechu łapiąc jego dłoń aby nie posunął się dalej. – Zwariowałeś ?? Jeśli myślisz, że pozwolę jakiemuś nie doświadczonemu kretynowi zająć się tak poważnym zadaniem to jesteś w cholernym błędzie.- Warknęłam wpatrując się groźnie w jego brązowe oczy, które swoją drogą przyciągały mnie jak magnes. – Skarbie nie bez powodu nazywam się Jason Mccann. – Zaśmiał się puszczając w moim kierunku perskie oczko.- Zostałem specjalnie przeszkolony, do tego typu bomb i uwierz mi gdybym się na tym nie znał : nawet bym tego nie ruszał.- Powiedział zbliżając scyzoryk po czym wbił go lekko w moją i tak już naruszoną skórę. Ból rozprzestrzenił się po całym ciele sprawiając, że krzyknęłam. – Do kurwy nędzy uważaj co do cholery robisz. To boli. – Syknęłam wyginając swoje ciało w przeciwnym kierunku. Niestety nie było to moim najlepszym pomysłem.
- Cholera.- Jason mruknął do siebie. Jego twarz spoważniała, szczęka zacisnęła, a krople potu pojawiły się na jego czole. Wiedziałam, że nie wróży to nic dobrego.
- Alex słuchaj będę potrzebował twojej pomocy.- Spojrzał w jego kierunku posyłając mu spojrzenie mówiące „ spieprzyłem”. Oh jak mogłam być taka bezmyślna pozwalając mu to zrobić, wiedząc od samego początku, że jesteśmy w głębokim gównie, ale nie głupi Jason musiał się uprzeć. Szkoda tylko, że nie wynikło z tego nic dobrego.
- Bracie……..- Zawahał się.- Dobrze wiesz, że nigdy nie miałem doczynienia z takim gównem, nie potrafię tego zrobić.- Powiedział ze skruchą w głosie powodując, że moje gardło zacisnęło się. – Jak to do cholery nie umiesz?? Przecież jesteś jego bratem. – Wskazałam palcem na Jeya.- Myślałam, że znacie się na tym.- Powiedziałam spoglądając na nich wyczekująco. Czekałam na wyjaśnienia i nie zamierzałam odpuścić, przynajmniej nie teraz. – Owszem znamy się na tym jak nikt inny, tylko wiesz co ?? Nie każdy zajmuje się takimi samymi bombami więc chociaż na chwilę zaprzestań pierdolić. – jego oczy pociemniały i chociaż byłam twarda to jeszcze nie widziałam aby ktoś był aż tak wkurwiony. Wiedziałam, że swoim zachowaniem spycham go na granice i cóż nie będę kłamać bałam się. Nie znałam ich dokładnie choć dużo o nich słyszałam, i ani razu nie przyszło mi do głowy aby sprawdzić tą dwójkę dokładniej. – Nie chcę abyś pomagał mi rozbroić to metalowe coś, które ta dziwka odbezpieczyła, po prostu trzymaj ją za ramiona, aby nie zjebała czegoś jeszcze.- Wyciągnął nóż, powoli przecinając metalową pokrywę, ukazując naszej trójce czerwone cyferki odliczające czas do 0. Póki co czasomierz pokazywał 10:02. Pięknie przynajmniej mamy mnóstwo czasu. Minuty uciekały w szybkim tempie, za szybkim jak dla mnie. Kiedy Jason sprawnie rozcinał kolejne kabelki, ja w tym czasie przypatrywałam się jemu. Miał wystające kości policzkowe, włosy idealnie ułożone do góry za pewnie stał przed lusterkiem z jakieś 30 min, ale najwyraźniej nie chciał aby tak wyglądało. Totalny nieład. Usta malinowe, teraz zaciśnięte w cienką linkę. Mmmm są takie gorące. Ciekawe jak smakują. Cholera Leyla przestań myśleć o nim jak o chłopaku z zadatkami na coś więcej. To tylko i wyłącznie kolega, poznany godzinę temu, więc ogarnij się dziewczyno. Masz Justina czego można chcieć więcej.
- Zrób zdjęcie wystarczy na dłużej.- Zaśmiał się owijając moją nogę cienkim, mokrym materiałem. Kurcze tak się w niego wpatrzyłam, że nawet nie zauważyłam , kiedy skończył. Momentalnie moje policzki ozdobił rumieniec i przysięgam w tym momencie musiałam wyglądać jak jakiś burak. Spuściłam głowę chowając ją za kurtyną włosów, tak aby nie mógł niczego zobaczyć. – Skarbie wyglądasz pięknie, kiedy się rumienisz.- Delikatnie podniósł mój podbródek posyłając mi jeden z najpiękniejszych uśmiechów jakie kiedykolwiek zdołałam zobaczyć. Odwróciłam głowę w bok i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie ma z nami Alexa.
- Hmm gdzie jest twój brat ??.- Zapytałam rozglądając się po bokach.
- Poszedł po jeszcze jeden materiał i świeże ubrania dla ciebie.- Powiedział wstając i odchodząc na drugą stronę. Myślę, że to jest ta bezpieczna odległość, którą wprowadził sobie Justin. Mają wiele wspólnego, może się polubią. Oh tak na pewno oboje też lubią rywalizację i mają trudne charaktery. Szczerze w to wątpię. – Coś z tymi jest nie tak ??.- Zadałam pytanie analizując swój strój. Był złożony w całości ze skóry, tylko gdzie nie gdzie zdobiły go pozłacane klapy. – Oczywiście, że nie. Mi nie przeszkadza. Uważam wręcz, że wyglądasz seksownie w czarnej koronkowej bieliźnie. – Zaśmiał się wkładając swoje dłonie do przednich kieszeni spodni.
Przejechałam wzrokiem po sobie w pierwszym momencie nie wiedząc o co mu chodzi, ale już po chwili zdałam sobie sprawę, że mój zestaw nadaje się tylko do wyrzucenia. Szkoda lubiłam ten styl. – Wiesz wolałabym abyś nie rozbierał mnie wzrokiem. Najlepiej byłoby gdybyś się łaskawie odwrócił.- Uniosłam idealnie wymodelowaną brew do góry, w zapytaniu, kiedy zauważyłam, że nic sobie z tego nie zrobił.- Ogłuchłeś ?? mówię do ciebie. – Syknęłam, w jego kierunku, ale on nie reagował, to trochę tak jakby spał. Trudno, przynajmniej będę miała święty spokój.
Odkąd Alex poszedł po te rzeczy minęło zaledwie 25 min, które dla mnie były jak czwartą godziną z rzędu. Nudziło mi się, i to potwornie, ponieważ z natury nie należę do tej grupy osób, potrafiących przeleżeć/ przesiedzieć cały dzień na łóżku czy krześle. Dla mnie pięć cholernych minut jest męką. Uwierzcie bądź nie, ale to jest męczące. Kiedy miałam zamiar się odezwać, usłyszałam za sobą cichy szept.- Stęskniłaś się za mną??.- Zdecydowanie ten koleś ma nikłe poczucie humoru, tak jak wszystko inne. – Ojj już wróciłeś?? Nawet nie zauważyłam, że gdzieś zniknąłeś.- Uśmiechnęłam się, pokazując mu rząd swoich białych siekaczy. – Naprawdę ?? myślę, że kłamiesz. – Oblizał swoje usta z myślą, że to było pociągające, a wręcz było ohydne. – Wiesz obecność Jasona, pomogła mi w zapomnieniu o tobie, aha i tak a pro po nie rób tego więcej.- Wskazałam na swoje usta naśladując go.- Bo zupełnie ci to nie wychodzi. Wiesz co powinieneś poprosić Jeya, aby cię tego nauczył. Nie ma czego się wstydzić Alex, nie jesteś pierwszą osobą, która tego nie umie.- Posłałam mu wredny uśmieszek, zabierając z jego rąk, świeży zestaw dla siebie.

________________________________________

Hejj :*

1. Nowy rozdział powinien się pojawić tak jakoś po 13 maja ze względu na to, że 13 piszę próbny egzamin gimnazjalny i muszę się troszeczkę pouczyć.


2. Proszę was, aby każdy kto przeczytał rozdział zostawił po sobie komentarz, ze względu na to, że chciałabym aby moja siostra wchodząc tutaj zobaczyła, że nie pisze tylko dla 5-8 osób. Proszę o to was bardzo.
Na koniec : jak widzicie pojawiły się w opowiadaniu dwie nowe postacie jest to Alex Mccann i Jason Mccann.

29.04.2014 o godz. 17:45
-Chris, chyba coś znalazłem.- krzyknąłem podnosząc z ziemi złoto-czarną broszkę z wygrawerowanym napisem u dołu jednego płatka śniegu. – Rozpoznajesz ją może ??.- Spytałem wyciągając w jego kierunku lekko zabrudzony przedmiot.
Jego wskazujący palec przejechał delikatnie po dość dużym diamencie, a oczy w pewnej chwili rozbłysły żywym ogniem. – Co to w ogóle za pytanie?? Jasne, że rozpoznaje, mało tego sam ją podarowałem Jessice na jej 18 urodziny.- Syknął przy czym jeszcze raz spojrzał na swoją rękę.
- Takich rzeczy się nie zapomina.- Szepnął najwyraźniej dosyć speszony swoimi słowami.- Błagam tylko mi się tutaj nie rozklejaj, nie mam zamiaru odrywać cię potem od drzewa.- Parsknąłem śmiechem przypominając sobie dzień, w którym Beadles przegrał swoje pierwsze wyścigi, przy okazji tracąc 200 tysięcy dolarów, które wtedy postawił. – Serio Bieber?? Ile razy będziesz mi o tym przypominał??.- Warknął napinając wszystkie mięśnie. Jego oczy pociemniały ze złości.- Tak długo, aż nauczysz się myśleć głową, a nie dupą.- Powiedziałem z nutką powagi w głosie, lecz po chwili nie wytrzymałem i zacząłem krztusić się własnym śmiechem.
- Nie jestem pewny czy za chwilę będzie ci tak do śmiechu.- Syknął wymierzając pięścią we mnie jednak byłem szybszy i sprytnie uniknąłem uderzenia. – Właśnie o tym mówiłem, kierowała tobą złość, nie myślałeś po prostu zrobiłeś. W przeciwny sposób już dawno trzymałbym się za krwawiący nos.- Pokręciłem głową z dezaprobatą i kiedy miałem się ponownie odezwać usłyszałem cichy szelest dochodzący tuż za pleców Chrisa. Od razu wyprostowałem się przyjmując obronną postawę, która była u mnie czymś w stylu słowa „ Jestem zagrożeniem, więc trzymaj się o de mnie z daleka.” Najwidoczniej mój przyjaciel skumał o co chodzi ponieważ stanął obok mnie z dość poważną miną jak na niego przyjmując postawę mięśniaka.
Szelest liści oraz dźwięk łamanych gałęzi z sekundy na sekundę stawał się coraz głośniejszy i szybszy, a tuż po paru minutach oczekiwania moim oczom ukazała się dość drobna postać dziewczyny, o ślicznych niebieskich oczach, ale ni jak nie dorównywały brązowo zielonym oczom Leyli. Jej jasne blond włosy były posklejane, twarz blada, a koszulka, którą miała na sobie była pokryta świeżą krwią.
Ból, strach, przerażenie ale też i błysk nadziei odbijało się w jej oczach niczym podmuch wiatru i już wiedziałem, że jest to najprawdopodobniej towarzyszka Jessici.
- Gdzie jest Jessica Morgan ?.- Zapytałem z dość słyszalny jadem w głosie, a kiedy nie uzyskałem żadnej odpowiedzi, wkurzyłem się. Podszedłem do niej szybkim krokiem i jednym z winnym ruchem przycisnąłem ją do drzewa. – Zadałem ci pytanie suko??.- Warknąłem, mocniej zaciskając swoje palce na jej drobnych ramionach, a kiedy ponownie odpowiedziała mi cisza moja cierpliwość się skończyła. Puściłem dziewczynę, żeby z tylniej kieszeni moich spodni wyciągnąć pistolet, po czym przyłożyłem zimną lufę do jej głowy. Odblokowałem broń, i kiedy miałem strzelić usłyszałem jej cichy przestraszony głos.
- Proszę nie zabijaj mnie.- Wychlipała, przyciągając swoje nogi bliżej ciała.
- Dałem ci szansę, byłem cierpliwy, a uwierz w moim przypadku trudno mi się opanować, kiedy ktoś mnie zdenerwuje, a ty wiesz co zrobiłaś?? Wkurwiłaś mnie, jak jeszcze nikt inny przed Tobą, więc czemu miałbym darować ci życie skoro jesteś bezużyteczną dziwką??.- Powiedziałem przykucając na tyle blisko, że mogłem usłyszeć jej przyśpieszone bicie serca i o to chodziło miałem ją tam, gdzie chciałem mieć.
- Zwykle nie daję drugiej szansy, ale tym razem zrobię wyjątek więc radzę ci jej nie spieprzyć.- Mruknąłem chłodno podnosząc się do pozycji stojącej wciąż celując w jej głowę. – Więc zacznijmy od początku, gdzie jest Jessica Morgan??.- Ponowiłem pytanie.
- Ja……. Ja nie wiem. – Wychrypiała lekko się jąkając.- Cóż skoro NIC nie wiesz, to na nic się nam nie przydasz.- Wychrypiałem cwaniacko po czym nacisnąłem spust i strzeliłem. Kula ominęła jej głowę i trafiła w korę drzewa dokładnie tak jak chciałem.
Wiedziałem, że coś przede mną ukrywała i jedynym sposobem aby się tego dowiedzieć było utwierdzić ją w przekonaniu, że ja nie żartuję.
- Okej powiem ci wszystko co tylko zechcesz tylko mnie nie zabijaj proszę.- Krzyknęła, dławiąc się swoimi łzami. – Za nim natrafiłam na was, byłam z Jass ukryłyśmy się w urwisku porośniętym jakimiś krzakami, myślałyśmy, że nikt nas tam nie znajdzie, ale jak się okazało to były błędne przekonania. Wysoka dziewczyna o brązowych długich włosach i bardzo smukłej sylwetce wytropiła nas. Miała w rękach broń i najprawdopodobniej jest nowym nabytkiem Dylana Goneta, jest nowiutką łowczynią i to są jej pierwsze nocne igrzyska, tak sądzę. – Powiedziała wszystko na jednym wdechu, podnosząc się z brudnej ziemi, tak, że teraz stała twarzą w twarz ze mną.
- Czekaj, czekaj powiedziałaś „ tak sądzę” ? Czemu tak sądzisz??.- Podniosłem jedną brew pytająco robiąc jeden krok do przodu.
- Tak, to właśnie powiedziałam, a sądzę tak ponieważ, kiedy wystrzelono metalową strzałem ona była totalnie zdziwiona, jakby nikt nie wytłumaczył jej żadnych zasad. Nie wiedziała jak się przed tym bronić, a ni nic. Ja z Jessicą, kiedy tylko się zorientowałyśmy co to jest szybko stamtąd uciekłyśmy, więc nie wiem co stało się z tamtą dziewczyną, ale mam nadzieję, że nie żyje. Przynajmniej będzie o jedną mniej, ale do rzeczy postanowiłyśmy się rozdzielić, lecz za nim to zrobiłyśmy wyznaczyłyśmy sobie punkt, w którym mamy się s…….sp…. spotkać.- Wyjąkała końcówkę jakby nie była pewna czy aby na pewno dobrze zrobiła mówiąc nam o tym wszystkim.
- Może łaskawie powiesz mi, gdzie jest to miejsce??, chyba, że chcesz abym ponownie strzelił tylko, że wtedy nie spudłuję. – Warknąłem podirytowany jej zachowaniem. Mała kurwa myśli, że może marnować mój cenny czas?? To kurwa się przeliczyła, jeśli myśli, że po prostu tak pozwolę jej żyć, po wszystkim co zobaczyła. Kiedy tylko udzieli mi potrzebnych informacji zabiję ją. Nie myślcie, że jestem jakimś człowiekiem bez uczuć, ja tylko pilnuję interesów i nie pozwolę, żeby jakaś dziewczyna swoimi zeznaniami na policji wpakowała mnie do pierdla, co na pewno zrobi, kiedy tylko się stąd wydostanie. Cóż nie pozwolę jej na to.
- Jakiś kilometr stąd jest szczelina, widać ją na pierwszy rzut oka, mieliśmy się spotkać w jej wnętrzu.- Powiedziała szybko robiąc parę kroków do przodu tak jak ja wcześniej. – Jeśli chcecie mogę was tam zaprowadzić.- Ożywiła się ściskając swój zakrwawiony bok.
- Hahahaha myślisz, że jesteś mi jeszcze do czegoś potrzebna?? Spójrz prawdzie w oczy dowiedziałem się tego co chciałem, teraz jesteś tylko zbędnym krwawiącym balastem. Żegnam Rosabello *.- Oblizując usta strzeliłem dwa razy, zanim zobaczyłem opadające bezwładnie ciało dziewczyny. Odwracając się włożyłem dłonie do przednich kieszeni spodni, i kiedy miałem zrobić pierwszy krok zatrzymał mnie ostry ton Chrisa, który do tej pory wszystkiemu się przyglądał.
- Coś ty do cholery narobił Justin?? Przecież ……
- Mam dosyć twojego głupiego pierdolenia.- Wysyczałem. Nie miałem zamiaru, spowiadać mu się ze wszystkiego co robię, choć jest moim przyjacielem, to czasami chciałbym go zabić, za brak niewiedzy. On każdego potrafi wkurwić, tą swoją stroną „ Jeśli jest ktoś nie winny, nie powinno się mu odbierać życia”. Czasami zastanawiam się, co on w ogóle robi w mafii ??, ale chyba nigdy się tego nie dowiem.
- Jeśli chciałeś resztę życia spędzić za kratkami, to mogłeś mi powiedzieć. Wtedy nie zabiłbym tej dziewczyny, a ona poszła by od razu na policję. Tego gówna chciałeś??- Zapytałem się powoli do niego podchodząc. Widziałem, jak otwiera usta i z powrotem je zamyka co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że znowu nie myślał. – Tak właśnie myślałem.- Powiedziałem pewny swoich słów, po czym ruszyłem przed siebie, posyłając mu wrogie spojrzenie.

________________________________________

Hejj :*
Rosabella - Justin nadaje swoim ofiarom różnorodne imiona i strzela dwa razy. Głowa - serce. Jego znak rozpoznawczy.
Przepraszam !!!
Mam coraz mniej czasu, w ten piątek projekty w szkole itd, a więc mam do was maleńką prośbę,
- byłby ktoś chętny do pomocy?? potrzebuję osoby która będzie zaangażowana w ten blog i w tą historię. Jeśli ktoś byłby chętny to piszcie w komentarzach lub na wiadomości prywatne:)
- druga sprawa : chciałabym wam podziękować za 8 komentarzy pod ostatnim rozdziałem. Uśmiech sam pojawia się na twarzy.
Miłego czytania skarby :* :*
Tagi: Brooklyn :*
14.03.2014 o godz. 21:34
Było ciemno i zimno, a ja robiłam już trzecie kółko z rzędu. Tak dobrze usłyszeliście obeszłam trasę, którą mi wytyczono trzy razy zaglądając do każdej szpary, opuszczonego domu czy schronu, ale nigdzie nie widziałam Jess lub czegoś co by mogło do niej należeć. Powoli traciłam nadzieję, że kiedykolwiek ją odnajdę, gdy nagle usłyszałam cichy szloch oraz kojący głos, który za wszelką cenę chciał uspokoić płaczącą dziewczynę. Musiałam to jak najszybciej sprawdzić. Zgasiłam latarki po czym ruszyłam w stronę małej zapadliny porośniętej dość grubym bluszczem, a u dołu pokrytą małymi drzewkami. Była wprost idealnym miejscem na ukrycie się przed kamerami, a przede wszystkim nami. Byłam coraz bliżej, gdy nagle poczułam w swoim ciele opór, jakąś niewidzialną siłę, która za nic w świecie nie pozwalała mi na następny krok. To tak jakby ktoś nie chciał abym odnalazła osobę, która po mimo bólu, smutku, odepchnięcia przez innych będzie zawsze przy tobie, po mimo tego, że jest ci źle i nie masz najmniejszej ochoty do życia ona będzie przy Tobie. Podczas nieprzespanych nocy i hektolitrów wylanych łez ona zawsze będzie wiedzieć jak cię pocieszyć. Taka właśnie jest Jessica, kiedy świat mi się wali to ona tak po prostu potrafi przyjść i mnie przytulić bez zbędnej gadaniny, że wszystko będzie w porządku bo przecież nigdy tak nie będzie. Chcąc czy nie chcąc ta stara ja będzie zawsze w głębi mnie bo powiedzmy sobie szczerze ta mała iskierka, która tkwi we mnie daje mi nadzieję na to, że będzie lepiej, ten mały płomyk, który mówi mi nie poddawaj się! Idź na przód, a to co cię przytłacza i rani zostaw w tyle za sobą. Wszystkie moje myśli sprawiały, że chciało mi się krzyczeć jak najgłośniej się da, chciałam zostawić to swoje beznadziejne życie pełne kłopotów, bólu i zmartwień najchętniej oddałam by je komuś innemu, ale z drugiej strony nie poznałabym tak wspaniałych ludzi jakimi jest nasza mafia, właściwie to jesteśmy rodziną tylko bez tych wszystkich genów.
Byłam pogrążona w swoich myślach tak bardzo, że nie zauważyłam przelatującej obok mnie metalowej strzały, która gdy tylko mnie minęła rozprysnęła się na milion małych kawałeczków. Nie wiedziałam o co chodzi, a ni skąd się to tu wzięło lecz po chwili zdałam sobie sprawę, że już kiedyś widziałam taką strzałem. Na wyścigach w Argentynie wystrzeliwało się podobne tylko, że te miały trujący dym, który potrafił nawet przez najmniejszą szparkę przedrzeć się do wnętrza samochodu paraliżując osobę za kierownicą i pasażera, którzy tracili całkowitą kontrolę nad pojazdem, a wtedy dochodziło do wypadku lub do najgorszego wybuchu. Stałam tak wpatrzona w jeden punkt i zastanawiałam się czy oni naprawdę oszaleli i chcą mnie otruć czy może to jednak nie jest to nad czym tak intensywnie się zastanawiam. Jednak męczy mnie jedno pytanie, na które nie potrafię sobie odpowiedzieć sprawdzić czy może uciekać jak najdalej??. Serio każdy by wybrał tą drugą opcję lecz moja ciekawość była silniejsza od chęci ucieczki i faktycznie to pierwsze wygrało. Pewnie gdybym była mądrzejsza już by mnie tu nie było. Powoli ruszyłam w wyznaczonym kierunku i kiedy byłam wystarczająco blisko przykucnęłam biorąc kawałek nad ruszonej strzały, ku mojemu zdziwieniu na samym środku znajdowała się mała metalowa kuleczka porośnięta małymi roślinami.
- Dziwne.- szepnęłam sama do siebie i wtedy mały mechanizm się otworzył wypuszczając strużki czerwonego dymu, trującego dymu. W szybkim tempie podniosłam się z ziemi i jak na zawołanie z pozostałych „kwiatów” zaczął ulatniać się dym tylko, że tym razem był on niebiesko- fioletowy. Ten kto to wymyślił musiał wiedzieć dla kogo to robi i w jakim celu. Było to tak sprytnie zrobione jedno na głos, a następne posiadały czujniki ruchu ale zastanawia mnie tylko jedna rzecz kto mnie tak nienawidzi, że aż chce mnie zabić??. Strużki czerwonej toksyny powoli docierały do moich nozdrzy powodując mocny kaszel, który zginał mnie w pół coraz to mocniej, więc nie czekając ani chwili dłużej odwróciłam się na pięcie i ruszyłam sprintem w głąb lasu.

POV Justina


Jechaliśmy jedną z bocznych dróg Florydy nie wiedząc, gdzie jesteśmy ani, w którą stronę mamy się kierować. Jechaliśmy zupełnie na oślep nie mogąc pojąć dlaczego ktoś wybrał sobie takie paskudne, a zarazem opustoszałe miejsce na siedzibę mafii. Przecież takie coś mógł wymyślić tylko skończony kretyn nie wiedzący, że policja najczęściej węszy właśnie w takich miejscach, lecz istnieje też druga opcja bardziej prawdopodobna, ma u psów swoich informatorów. Może jednak nie jest takim cymbałem jak mi się wydawało?. Byłem tak pochłonięty swoimi myślami, że nawet nie zauważyłem, kiedy zaczął siąpić deszcz, który po krótkiej chwili przerodził się w ulewą burzę z piorunami.
- Chris na pewno dobrze jedziemy. – byłem już lekko zirytowany jego zachowaniem i tą pewnością siebie bo serio jak długo można szukać miejsca, które jest widoczne na pierwszy rzut oka.
- Cholera Justin ile razy mam ci powtarzać, że dokładnie za kilometr będzie wielki napis Floryda i zjazd. Serio nie wiem jak Leyla może z Tobą wytrzymać skoro jesteś takim natrętem.
- Jak widzisz wcale jej to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie to ją POCIĄGA.- specjalnie dałem nacisk na ostatnie słowo, gdyż wiedziałem, że Jessica jak do tej pory nie pozwoliła Christianowi się przelecieć twierdząc, że potrzebuje chłopaka, a nie faceta do pieprzenia.
- Wiesz co Bieber, nie obchodzi mnie to co robisz ze swoją dziewczyną. Dla mnie to jest obojętne gdzie ją pieprzysz i na jak wiele sposobów, ale w tej chwili zachowaj to dla siebie. – Syknął i odwrócił głowę na północ, choć mimo to wiedziałem, że jeszcze nie skończył. – Albo będę zmuszony odstrzelić ci kutasa, żebyś w końcu przestał mi o tym przypominać. – Chichocząc pokręciłem głową wiedząc, że był to jego słaby punkt, lecz po chwili dotarło do mnie co on właśnie powiedział.
- Woah, woah, woah kto powiedział, że Leyla jest moją dziewczyną? – warknąłem przy czym lekko przymrużyłem oczy wyczekując odpowiedzi, która nie nadchodziła, ale za to mogłem zobaczyć jak twarz Chrisa robi się cała czerwona. – Chłopie nie chcę cię martwić, ale chyba za dużo przesiadujesz z dziewczynami. – Ledwo co wykrztusiłem, przed kolejnym napadem śmiechu.
- Kurwa Bieber o co Tobie tym razem chodzi?- W jego oczach widać było szalejącą burzę złości, ale za to jego twarz mówiła całkiem co innego. – Spójrz w lusterko i powiedz mi, że nie rumienisz się jak jakaś plastikowa laska. – Parsknąłem jeszcze większym śmiechem , kiedy zobaczyłem jak Chris wyciągnął ze swoich spodni telefon i zaczął się w nim przeglądać naśladując dziewczyny po w-f, kiedy to udają, że ich wygląd wcale ich nie obchodzi. Robił to tak perfekcyjnie, że aż popłakałem się ze śmiechu, a żołądek skręcił się nie przyjemnie wywijając fikołka.
- Serio Chris przestań się już wygłupiać bo spowoduję wypadek.- krzyknąłem na tyle głośno, że mój głos odbił się echem po czym wpatrywałem się w niego wypalając dziury w jego ciele. Najwidoczniej to poczuł bo oderwał wzrok od swojego białego i’ Phona przenosząc go na drogę, a jego głupkowata mina zrzedła na widok tego co zobaczył. Marszcząc brwi podążyłem w kierunku jego wzroku i kiedy miałem całkowicie odwrócić głowę poczułem jak uderzamy w coś z dużą siłą, a samochód niebezpiecznie zatoczył się i miał przewrócić się na bok, kiedy w porę z Chrisem zareagowaliśmy napierając z całej siły na prawą stronę pojazdu. Może zbyt pomysłowe to nie było ale liczyło się to, że podziałało. Szybko wyskoczyłem ze swojego samochodu chcąc zobaczyć jak poważne obrażenia odniosło moje cudeńko, w tej chwili nie liczyło się to czy byliśmy ranni, czy w co uderzyliśmy, ważne było to czy będę musiał kupić nowy samochód.
- Cholera jasna zderzak, maska i doszczętnie rozjebany silnik. Naprawa tego wyniesie mnie cholernie dużo.- Łapiąc się za głowę zacząłem chodzić na około pojazdu wyrzucając z siebie co chwilę wiązankę przekleństw, widząc coraz to nowsze szkody.- Kurwa!.- Warknąłem wściekły i z całej siły kopnąłem bok auta zostawiając w drzwiach małe wgniecenie po czym odchyliłem się do tyłu upadając na mokry asfalt. Nie mogłem patrzeć na obrazek, który miałem przed sobą, nie potrafiłem, a może nie chciałem tam patrzeć więc schyliłem głowę ku dołowi, kiedy zdałem sobie sprawę, że Beadles nie opuścił samochodu. Szybko się podniosłem, a moje oczy bez żadnego problemu odnalazły sylwetkę chłopaka, siedział w tej samej pozie, z tym samym pustym wzrokiem utkwionym w dali. Chciałem do niego podejść i zapytać co się stało, kiedy poczułem jak ocieram się o coś zimnego i twardego, powoli się odwróciłem, zamarłem. Naprzeciwko mnie była rozłożona szklana ściana, a tuż za nią gęsty czerwony dym powiązany z niebiesko- fioletową trucizną rajdową.
- Co do cholery?.- Poczułem na swoim ramieniu dłoń, a chwilę potem zobaczyłem Chrisa stojącego tuż obok mnie.
- Słuchaj nigdy ci o tym nie wspominałem, ale kiedyś za nim dołączyłem do waszej mafii należałem do Goneta, a to co tutaj widzisz to część jego chorej gierki, którą nazywa „ nocnymi igrzyskami”. – Podszedłem bliżej szkła, chowając dłonie do kieszeni jeansów.- Ten sukinsyn jest zdolny do wszystkiego i pomyśleć teraz sobie, że gdzieś tam jest Leyla i Jessica walczące o jeszcze jeden oddech.- Końcówkę niemal wyszeptałem, byłem bezradny, a on dobrze o tym wiedział.
- Otrząśnij się Bieber, zacznij myśleć, skoro byłeś u Goneta w gangu to już kiedyś musiałeś brać udział w tym….. czymś.- Pokazał ręką na rozciągający się przed nami las.- Ty jeden wiesz jak stamtąd wyjść, jak tam przetrwać. Ty już to widziałeś i wiesz co tam jest, jak sobie z tym radzić, ale one nie i wiesz co?? Ja w nie wierzę, wiem, że dadzą sobie radę.- Miał rację, nie mogę przywoływać wspomnień, nie mogę myśleć „co by było gdyby”, muszę się wziąć w garść i wyciągnąć je z tego gówna.
-Przepraszam, masz racje liczy się to co teraz, a w tej chwili jesteśmy jedynymi, którzy mogą im pomóc.-Przejechałem ostrożnie wierzchem dłoni po szkle wyczuwając nie wielkie zgrubienie sygnalizujące, że znalazłem wejście. Już chciałem nacisnąć na gałkę, kiedy poczułem jak Christian mnie powstrzymuje. – Skąd wiesz, że to nie jest pułapka?? Dawno Cię tutaj nie było, nie wiesz co zostało zmienione, a co nie.- Kiedy to mówił zauważyłem w jego oczach nie pokój, widać było po nim, że się martwił.- Pewne rzeczy się nie zmieniają, tak jak te drzwi. Gdyby był mądrzejszy wiedziałby, gdzie większość nich jest, ale jak widzisz nie wie. Dylan jest ich szefem i nie za bardzo lubi sobie brudzić rąk. Jednym słowem nigdy nie brał w tym udziału.
-Stary, zaufaj mi będzie dobrze.- Poklepałem go po ramieniu po czym przekręciłem gałkę i wszedłem do środka wcześniej zakładając maskę.

________________________________________

Hejj :*
Wiem, że mnie teraz nienawidzicie za to, że tak długo nie dodawałam, i za to przepraszam z całego serca. Wiem, że liczyliście na coś lepszego po tak długiej nie obecności, za co też przepraszam. Ten kilka miesięcy były dla mnie bardzo trudne jak i w szkole tak i w życiu osobistym. Nie powiem ale załamałam się, podupadłam trochę, ale wróciłam już do formy. Chciałam podziękować wam za 10578 wejść i 24 komentarze. Bardzo się z tego cieszę i dziękuję, że jesteście razem ze mną.
Miłego czytania skarby :* :*
Tagi: Brooklyn :*
12.01.2014 o godz. 15:48
POV Leyli


Kiedy tak myślę zastanawiam się jak można kochać, marzyć, zdradzać, ufać, nienawidzić? Jak to jest, że niewielu z nas nic nie czuje, niczego się nie boi? A ta druga część nas odczuwa najmniejszy szczegół, stara się naprawić każdy najmniejszy błąd tylko ja jak na razie nie jestem w stanie zrobić choć najmniejszego kroku w przód. Z pozoru wydaje się, że już dawno to zrobiłam, ale nadal stoję w miejscu bo tego nie da się zapomnieć. Nie da się zapomnieć dnia, w którym po raz pierwszy do twojego domu zapukała policja z informacją, że Twoi rodzice zginęli w katastrofie lotniczej. Tyle nieprzespanych nocy, hektolitry wylanych łez po ich stracie zaszyłam się na strychu, gdzie było pełno zdjęć, filmów, obrazów, projektów mamy, nagród między innymi pucharów, medali oraz dyplomów ale zdziwiła mnie jedna rzecz nie należały one do mamy czy taty, a do niejakiego Dylana choć nie pamiętałam bym miała brata.
Retrospekcja
„Siedziałam na brudnej, zakurzonej podłodze i przyglądałam się pomieszczeniu, w którym jeszcze tak niedawno krzątała się mama projektując coraz to nowsze kreacje. Była w swoim żywiole i jeśli coś zaczynała to musiała dopiąć to na ostatni guzik, a jak chciałam ją podpatrzeć chowałam się w wielkiej szafie skąd był najlepszy widok, gdyż Elżbiet (tak miała na imię mama) cały czas powtarzała
-Idę na poddasze dlatego, że potrzebuję spokoju i ciszy.- Mówiąc patrzyła surowym wzrokiem na nas bo wiedziała, że tato lubi podziwiać mamę i jej piękne suknie, które zazwyczaj szyła na strychu, a na mnie bo wiedziała, że lubię za nią chodzić. Gdzie by nie poszła ja byłam tuż za nią dlatego zawsze, kiedy tam szła powtarzała w kółko to samo. To było jedyne miejsce w domu, gdzie czuła się bezpiecznie ze swoimi projektami i miała pewność, że nikt ich nie zobaczy przed głównym pokazem.
-Ale mamo my chcemy popatrzeć.- Zrobiłam śmieszną minkę i zatrzepotałam rzęsami, ale kiedy zobaczyłam, że marnie mi idzie dźgnęłam tatę w bok i pokazałam by mi pomógł bo sama nic nie zdziałam. Od razu zrobił podobną minę do mojej po czym zniżył się do mojego wzrostu i zaczęliśmy prosić ją o zgodę, aby ten jedyny raz pozwoliła nam popatrzeć
-Nie patrzcie tak na mnie bo i tak wam nie pozwolę.- Kiedy to mówiła nie mogła się powstrzymać od śmiechu więc powoli zaczęła odchodzić i kierować w stronę małych drzwi na suficie, które swoją drogą były prawie niewidzialne. Patrzyłam dalej na mamę gdy nagle zauważyłam tatę, który gonił Elżbiet po całym domu więc lekko wzruszyłam ramionami i udałam się w pogoń za rodzicami. Gdy do nich dobiegłam Dan ( tato Leyli) trzymał już w swoich ramionach mamę, a ja, że byłam o wiele, wiele mniejsza przytuliłam się do jej nogi i w taki właśnie sposób zgodziła się.”
Koniec retrospekcji
Wtedy nie wiedziałam jak to jest już nigdy nie poczuć tego ciepła, które daje nam rodzina, tego wsparcia i nadziei, że będzie lepiej. Nie poczuję zapachów robionego śniadania co rano, nie usłyszę śmiechów dochodzących z każdego zakamarka naszego domu tak jak kiedyś bo wiem, że to niemożliwe, ale człowiek zdążył się już do tego przyzwyczaić. Do bólu, tęsknoty, pustki choćby nawet do nadziei, która mówi nam, że trzeba iść dalej mimo wszystko i tak właśnie jest ze mną, kiedy jestem już u kresu wytrzymałości przypominam sobie czasy, gdzie problemy i zmartwienia nie istniały, a liczyła się tylko zabawa. Leżałam tak wspominając stare czasy, gdy nagle na swoim ramieniu poczułam czyjąś rękę, która wydała mi się znajoma więc otworzyłam powoli oczy i ujrzałam nad sobą pochyloną postać Dylana.
-Wstawaj ślicznotko mamy sprawę do załatwienia, w której możesz się przydać.- Kiedy to powiedział aż się we mnie zagotowało ze złości. Co on sobie w ogóle wyobraża mówiąc, że mogę się przydać?? Niewiele myśląc wstałam z okrągłego łóżka po czym wyszłam za nim na korytarz i jednym zwinnym ruchem powaliłam go na zimną podłogę oraz przygwoździłam nogą nachylając się nad nim wyszeptałam mu do ucha.
-Nigdy ale to prze nigdy mnie nie prowokuj bo pożałujesz, że mnie spotkałeś, a co do twojego „mogę się przydać” to lepiej to odszczekaj bo następnym razem nawet palcem nie ruszę zrozumiano?.- Wysyczałam przez zęby powoli z niego wstając i na odchodne szturchnęłam go kilkakrotnie, żeby zapamiętał, że ze mną nie warto zadzierać po czym ruszyłam do swojego tym czasowego pokoju, gdzie z szafy wyciągnęłam odpowiedni zestaw i przeszłam do przestronnej, a za razem małej łazienki wziąć szybki prysznic. Już ubrana zrobiłam sobie warkocza na bok i przy okazji zabrałam z mojej skrytki za półką broń, którą włożyłam za pasek spodni po czym wyszłam przez taras na podjazd i wsiadłam do sportowego lamborghini, gdzie zastałam Dylana. W jednej ręce trzymał umowę, a druga luźno zwisała mu wzdłuż ciała co nie wróżyło nic dobrego więc żeby się trochę spiął postanowiłam zapytać się o tą jakże niecierpiącą zwłoki sprawę, a przy okazji wypytać się o ten skrawek papieru.
-Więc co to za „misja”??.- Spytałam pokazując w powietrzu cudzysłów i korzystając z okazji przysunęłam się bardziej w jego kierunku aby móc zobaczyć co tam pisze, ale niestety marnie mi wyszło.
-Jak już wiesz urządzam sobie od czasu do czasu małe „polowanie” na ludzi, których wypuszczam albo sami uciekają z myślą, że im się to uda lecz powiedzmy szczerze marnie im to wychodzi.- Mówiąc zapalił silnik po czym wyjechał z podjazdu i skierował się w ciemny las czyli czas zacząć nocne igrzyska. Tylko w porównaniu do tych to my jesteśmy napastnikami, a zakładnicy zabawkami w naszych rękach praktycznie to ich los jest w naszych rękach. Szczerze to jest chore to jak gra nie do wygrania choćby się w nią grało godzinami to nie ma zakończenia, a w tym wypadku drogi ucieczki, gdyż cały las jest monitorowany i wiemy, gdzie są lub co robią albo ile im jeszcze zostało do głównej drogi, która jest jedynym wyjściem.
- Więc do czego ja ci jestem potrzebna?. Hmm.- Spytałam wychodząc z samochodu po czym z hukiem zamknęłam drzwi i nie czekając na odpowiedź ruszyłam w kierunku opuszczonego budynku, gdzie najprawdopodobniej zastanę resztę grupy, która wyruszyła parę godzin przed nami aby przygotować sprzęt, porozstawiać pułapki oraz posprawdzać czy wszystkie kamery działają i czy któreś nie trzeba przypadkiem wymienić. Kiedy już miałam nacisnąć klamkę i otworzyć drzwi poczułam lekkie szarpnięcie i szept Goneta.
-Kochanie po pierwsze to nie te tędy, a po drugie jesteś mi potrzebna do tropienia dwóch dziewczyn, które jakimś cudem współpracują i jak na razie zaszły najdalej ze wszystkich więc jest możliwość, że mogą się wydostać z lasu po czym pójść na policję, a w tedy będę skończony. Z resztą nie tylko ja, ale i ty bo po części należysz do naszej mafii.- Kiedy kończył szeptać ostatnie zdanie coś we mnie drgnęło, a coś zaskoczyło i dopiero teraz skojarzyłam ze sobą wszystkie fakty. Wczoraj ruszyła pierwsza część grupy, która miała za zadanie wypuszczenie z poszczególnych sektorów dziesięciu chłopaków i dwie dziewczyny czyli, że jedną z nich musi być Jess, którą uwolnili tego samego dnia, a dzisiaj wyruszyli pozostali członkowie w tym my czyli Dylan wiedział, że jest dla mnie ważna i dlatego przystał na moją propozycję inaczej na pewno by się nie zgodził.
-Jeszcze raz tak mnie nazwiesz to przysięgam, że te twoje pieski będą zeskrobywać cię z asfaltu.- Warknęłam i ruszyłam we wcześniej wskazanym kierunku lecz, gdy byłam już prawie przy schodach prowadzących w dół odwróciłam się w jego stronę po czym z cwaniackim uśmieszkiem powiedziałam.
-Aha i jeszcze jedno. Jeśli myślisz, że możesz mną pomiatać i mi rozkazywać to się grubo pomyliłeś.- Kiedy to mówiłam poczułam się jak w domu bo przypomniały mi się chwile, gdzie było trudno i nie mogliśmy znaleźć nici porozumienia, ale i też te dobre chwile. Wszystkie zabawy, wygłupy, żarty nawet moje pierwsze wymknięcie się z domu po rzekomej śmierci rodziców, kiedy tak nad tym myślałam w moim oku pojawiła się łza i zaczęła powoli spływać po zimnym policzku. Nie chciałam okazywać słabości, nie przy nim więc dyskretnie koniuszkiem rękawa starłam ją po czym odwróciłam się na pięcie i zeszłam po betonowych schodach wchodząc prosto do dużego i dobrze wyposażonego pomieszczenia, gdzie tak jak myślałam zastałam resztę grupy, która była podzielona na tak zwane sektory. Jedni byli skupieni na komputerach, a drudzy ubierali się w czarne skórzane ciuchy, a jeszcze inni uzupełniali broń i magazynki. Nie powiem, ale cholernie bałam się dzisiejszej nocy, tego co miało się wydarzyć, bałam się, że nie podołam temu zadaniu i nie zdążę dotrzeć do Jessici na czas po prostu panikowałam, a w takich sytuacjach zawsze był koło mnie Justin. On wiedział jak mnie rozluźnić, dodać pewności siebie, otuchy. Teraz dopiero zdałam sobie sprawę, że go potrzebuję tu i teraz tylko jaka szkoda, że Biebs nie wie, gdzie jestem i nie może mi pomóc bo, zagubiłam się we własnym popapranym życiu, które na pierwszy rzut oka zdaje się wprost idealne ( kupa kasy, wielki dom, w którym mieszkają kumple Nathana w tym chłopak, do którego coś czuję tylko nie wiem czy i on czuje to samo do mnie), ale takie nie jest. Nie mam normalnego domu, gdzie codziennie z rana byłoby słychać odgłosy rozmowy, dźwięku czajnika i czuć zapachy przygotowywanego przez mamę śniadania, nie mogę pójść normalnie do szkoły przy okazji nie ściągając tam swoich wrogów i nie zsyłając na innych niebezpieczeństwa. Choć należę do najniebezpieczniejszej mafii na świecie to nigdy, ale to przenigdy nie skrzywdziłabym człowieka, który nie byłby niczemu winien, niczego nie zawinił. Wiem, że każdy ma swoją małą kartotekę u Boga z małymi, lub większymi wykroczeniami, ale to on decyduje jak długo ma żyć dana osoba, to on zapisał, kiedy człowiek ma się narodzić, jak długo ma stąpać po tym świecie, w jaki sposób ma umrzeć. Nawet ja czy reszta mojej „rodziny” przestaniemy kiedyś istnieć, ale pozostawimy po sobie w pewien sposób ślad naszego istnienia, jakąś nadzieję, która prędzej czy później rozkwitnie w nowszych pokoleniach, naszych pokoleniach, które stworzymy z tą drugą połówką. Siedziałam tak na skórzanej sofie i coraz to bardziej wgłębiałam się we własne myśli, gdy nagle przed moimi oczami pojawiła się zielona kartka, którą jak się okazało była mapa najbliższej okolicy i rozmieszczenie domków oraz schronów do, których mieliśmy wejść i sprawdzić czy przypadkiem żadna z wypuszczonych osób nie wpadła na pomysł aby się tam ukryć.
-Tu masz mapę, na której zaznaczyłem ci obszar, który należy tylko i wyłącznie do ciebie. Aha i jeszcze jedno wyruszasz za dwie minuty więc rusz swoje zgrabne ciałko i przygotuj się. – Kiedy to usłyszałam powoli wstałam ze skórzanej sofy i podeszłam do tylnych drzwi, które po paru sekundach otworzyły się ukazując mi mroczny krajobraz spowity mgłą. Kompletnie nie wiedziałam gdzie mam iść więc z paska wyciągnęłam broń, która na szczęście miała u góry oraz z boku latarkę o zasięgu dwóch kilometrów po czym wyszłam nad wór świecąc w pustą ciemną przestrzeń przed sobą. W tym momencie byłam pewna siebie, byłam pewna, że podołam zadaniu i pomogę wyjść im z tego przeklętego lasu. Tylko jak skoro wszędzie są kamery ?? będą mnie obserwować, kiedy zrobię coś nie tak będą o tym wiedzieć. Muszę coś wymyślić i to szybko. Jeszcze chwilę tak postałam po czym zeszłam po stromej ścieżce w głąb lasu.

________________________________________

Hejj :*
Więc może tak rutynowo zacznę od przeprosin :D Znowu spóźniłam się z nowym rozdziałem, ale wiem, że jesteście na tyle wyrozumiałe, że mi wybaczycie. Drugą sprawą jest fakt czy jeszcze ktoś czyta tą historię. Nie chcę się wam żalić, ani nic w tym stylu ale po prostu po takiej małej ilości komentarzy stwierdziłam, że wolę się upewnić. :D
Zapraszam do pozostawienia po sobie komentarza gdyż to bardzo, ale to bardzo pomaga w dalszym pisaniu i przede wszystkim motywuje.
Miłego czytania skarby :* :*

Tagi: Brooklyn :*
22.09.2013 o godz. 15:08

To miał być twój najlepszy dzień w życiu. Dostałaś się na najlepszy uniwersytet w mieście. Wychodząc ze swojego auta, spojrzałaś na plan lekcji i wzięłaś łyka coca coli, którą miałaś w ręce. Idąc przed siebie dostrzegłaś wysokiego chłopaka, który po chwili się odwrócił i wylał na ciebie twój napój.


- Cholera! - krzyknęłaś, wycierając swój mokry dekolt.
- Dlaczego się denerwujesz? Tak ci lepiej - łobuzersko się uśmiechnął.
Przewróciłaś oczami i ominęłaś go, lekko uderzając ramieniem o jego mięsień.
- Gdzieś ci się spieszy? Lekcji jeszcze nie ma. - Krzyknął.
W tej chwili się zatrzymałaś i do niego wróciłaś.
- Przeproś mnie. - powiedziałaś stanowczo.
- Co?
- Przeproś mnie. - krzyknęłaś głośniej
- Dlaczego miałbym to robić? Serio. Tak jest lepiej. Powinnaś mi dziękować - przysunął się do ciebie.
- Znam wiele takich jak ty. Odkupisz mi tą cole i Będziesz mnie przepraszał do końca życia.
- Czy to groźba? - zaśmiał się.
- Przeproś mnie albo zacznę krzyczeć. Teraz ci grożę.
- Krzycz, a zacznę krzyczeć razem z tobą. To obietnica.
W tej chwili otworzyłaś szeroko usta i wydałaś z siebie głośny pisk. Wszystkie spojrzenia skierowały się na ciebie. Chłopak wydawał się nie ruszony, a po chwili zaczął krzyczeć głośniej od ciebie.
- Myślałem że umiesz lepiej - zaśmiał się
Znów mając zamiar go wyminąć poczułaś mocny uścisk ręki na swoim ramieniu.
- Jestem Justin.

*Kolejny dzień*
Podjechałaś pod szkołę i wysiadłaś z auta. Trzasnęłaś drzwiami i ruszyłaś w stronę budynku.
- Przepraszam - przed twoimi oczami pojawił się Justin z puszką coca coli.
Lekko się uśmiechnęłaś i wzięłaś od niego prezent.
Okazało się że macie razem parę lekcji. Na każdej siedzieliście razem.

*Dzień 3*
Pod twoim domem pojawił się nieznajomy samochód. Kiedy zeszłaś na dół kierując się do swojego auta, z czarnego volvo wysiadł Justin.
- Od teraz ja cię zawożę. - uśmiechnął się.
Wsiedliście do samochodu i już po chwili byliście pod szkołą. Justin złapał cię za nadgarstek i zaprowadził w miejsce gdzie dwa dni temu się poznaliście.
- Przepraszam - wyjął zza siebie puszkę coli.
Znów siedzieliście razem. Na lekcjach. Na przerwach. Na stołówce.

*Dzień 4*
Bieber wręczył ci kolejną puszkę coli. W tym miejscu co zawsze. O tym samym czasie.
Opowiedział ci o swojej miłości do muzyki. Już wiedziałaś dlaczego tak głośno krzyczy.
- Zaśpiewaj dla mnie
- Nie, nie robiłem tego od śmierci rodziców.
- Proszę.
- Zaśpiewam, ale nie teraz.
- Obiecujesz?
- Obiecuję.

*Dzień 5*
Cola. Znów kolejna cola. Już miałaś ich dosyć. Twój brzuch źle na nie reagował. Zamiast iść do szkoły Justin zakrył ci oczy opaską i prowadził do nieznanego ci miejsca. Kiedy zdjął opaskę, twojemu obrazowi pokazał się niesamowity las który ścielił się u twoich stóp. Staliście na wzgórzu.
- Tutaj możesz krzyczeć do woli. - uśmiechnął się i złapał twoją rękę.

*Dzień 6*
Kolejna puszka znanego ci już dobrze picia. Mimo że zawsze wyglądał na szczęśliwego, nigdy nie uśmiechał się tak szczerze jak wtedy kiedy wręczał ci colę. Nie potrafiłaś mu odmówić. Justin złapał cię za rękę i ruszyliście w kierunku szkoły. Nie uczyłaś się. Wieczorami wychodziłaś z Bieberem na dwór. Leżeliście na trawie i patrzyliście w gwiazdy.
- Co byś zmieniła w swoim życiu?
- Chyba nic - spojrzałaś na niego. A Ty?
- Ja bym zmienił twoje nazwisko. - uśmiechnął się.

*Noc*
Obudził cię telefon. Szybko za niego złapałaś i nacisnęłaś zieloną słuchawkę.
- Kocham cię - usłyszałaś słodki głos, który rozpoznałabyś wszędzie.
Na twojej twarzy wymalował się uśmiech.
- Ja ciebie też.

*Dzień 7*
Obudziłaś się i wyjrzałaś przez okno. Justina samochodu nie było widać. Przetarłaś oczy i szybko się ubrałaś. Zeszłaś na dół po schodach i dostrzegłaś rodziców którzy oglądają telewizję.
Podeszłaś bliżej i dostrzegłaś nowe wiadomości.
*- Nastoletni Justin B. od lat lat walczył z rakiem. Wczoraj niestety przegrał walkę. Uczęszczał do najlepszego uniwersytetu w mieście. Przed śmiercią prosił o puszczenie tego nagrania.
W tej chwili w telewizji ukazała ci się twarz Justina który z przekrwionymi oczami patrzy w kamerę. Mimo trudności jakie sprawiało mu uśmiechnięcie się, zrobił to. W ręku trzymał gitarę.
- Obiecałem komuś że zaśpiewam. - powiedział - Dziś to zrobię. - poruszył ręką o struny i wydał ze swoich ust dźwięk który rozprowadził się po całym twoim ciele. Nie wiedziałaś kiedy po twoich policzkach spłonęły łzy. Mimo że serce właśnie pękło ci na kawałki, obejrzałaś do końca. Kiedy przestał grać, to tak jakbyś przestała też oddychać.
- To nie prawda. - wybiegłaś z domu i wsiadłaś do samochodu. Podjechałaś pod szkołę i stanęłaś w miejscu w którym poznałaś swojego anioła. Na ziemi leżała puszka coli i kartka. Ze łzami w oczach ją podniosłaś.
"Miałem cię przepraszać aż do śmierci. Chyba mi się udało. Kocham Cię - Justin"

________________________________________

Hejj :*
Co jakiś czas będę wstawiała tutaj takie krótkie historię by przypominały nam codziennie o tym, że Jus nas wspiera tak jak my jego. Wiem, że już o tym wspomniałam, i za pewnie wspomnę jeszcze o tym 1000000 razy. Bo Justin jest częścią każdej Beliebers !!! i zawsze będzie.
# Forever Beliebers <3
Tagi: Brooklyn :*
19.08.2013 o godz. 19:35
Już miałam się wycofywać gdy z przeciwnej strony otworzyły się drzwi z głośnym hukiem, a do pokoju została wciągnięta kobieta podobna do mojej mamy. Doznałam szoku przecież to jest nie możliwe, to nie może być prawdą. Moja mama zginęła w katastrofie lotniczej, kiedy byłam jeszcze dzieckiem więc jakim cudem stoi teraz parę metrów ode mnie? Sam jej widok nie pozwalał mi na bezczynne czekanie i patrzenie jak cierpi ale przecież nie wiedziałam czy to jest naprawdę ona więc niewiele myśląc weszłam do pomieszczenia, o którym wcześniej wspomniałam i jednym zwinnym ruchem przyłożyłam broń do głowy chłopaka, który stał najbliżej.
-Słuchaj mam dla ciebie pewną propozycję.- Wyszeptałam mu do ucha przy okazji zerkając w stronę kobiety, która intensywnie wpatrywała się w moją twarz i najwidoczniej coś w niej znalazła bo jej nagle pobladła, a nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. Nie mogłam na to dłużej patrzeć więc swój wzrok z powrotem przeniosłam na wystraszoną twarz chłopaka.
-Wiem, że przetrzymujecie tutaj pewną dziewczynę, a dokładniej brunetkę, którą niedawno porwaliście.- Powiedziałam już nieco głośniej tak aby usłyszeli mnie pozostali i nie pomyliłam się. Każdy z nich skinął głową na znak, że wiedzą o kim mowa więc skinieniem ręki pokazałam aby mnie do niej zaprowadzili. Długo to nie trwało gdyż po paru chwilach znaleźliśmy się w wąskim korytarzu, który jak mniemam miał zaprowadzić mnie do Jess. Do mojej biednej kruchej przyjaciółki, która za pewnie siedzi w jakimś kącie i trzęsie się z zimna lub gorzej, a jeśli jej coś zrobili? Te myśli towarzyszyły mi już od dłuższego czasu ale przysięgam, że jeśli spadł jej chociaż jeden włos z głowy to są martwi. Zanim się zorientowałam stałam już przed wielkimi metalowymi drzwiami, które na mój rozkaz otworzyły się w mgnieniu oka ukazując mi tak dobrze znaną drobną brunetkę gapiącą się w pustą przestrzeń przed sobą. Była blada, nie ruszała się, a jej twarz nie wyrażała zupełnie nic co nie wróżyło nic dobrego więc czym prędzej podbiegłam do Jessici i z całej siły przytuliłam ją do swojego drobnego ciała na co nawet nie zareagowała była jak marionetka, którą porusza się za pomocą sznurków była „martwa”.
-Już po wszystkim Jess jestem przy tobie tu i teraz.- Dopiero, kiedy usłyszała mój cichy szept poruszyła się i wtuliła w moje ramie gwałtownie oddychając jakby wstrzymywała powietrze przez bite dwie godziny, a nie przez parę sekund.
-Dobra skoro ty zobaczyłaś brunetkę to teraz my chcemy się dowiedzieć co to za propozycja.- Usłyszałam głos nad sobą i w szybkim tempie podniosłam się stając twarzą twarz z chłopakiem, który jak mniemam był liderem grupy czy mafii sama nie wiem do czego można było ich zaliczyć. Nie wyglądali na zgranych i wprawionych w szeregi mafii raczej na niedoświadczonych gówniarzy, którzy uwielbiają się popisać i nie zdziwiłby mnie fakt jakby nie umieli odróżnić 65 od 75 dobrego kalibru.
-Zrobimy wymianę ja w zamian za Jessice. Wypuścicie ją, a ja wstąpię w wasze szeregi bo chyba jak na razie nie umiecie powiązać końca z końcem co wy na to?.- Kiedy tylko wypowiedziałam te słowa Jess w raz z kobietą podobną do mojej mamy krzyknęły nie i stanęły murem przede mną gotowe mnie obronić tylko przed czym? lub kim?. Może nie wiem za wiele, ale przecież właśnie dlatego tu jestem, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o tej kobiecie i uratować Jess więc jednym zwinnym ruchem wyminęłam je i stanęłam przed grupką chłopaków, którzy intensywnie nad czymś dyskutowali.
-Podjęliśmy już decyzję i przystaniemy na twoją propozycję więc brunetka może już odejść, a ciebie zapraszam do salonu.- Powiedziawszy to wskazał dłonią na wąski korytarz, na którego końcu znajdowały się dość wąskie i kręte schody.

POV Jessici


Kiedy tylko usłyszałam jaką propozycję złożyła im Leyla krzyknęłam głośne i wyraźne nie po czym stanęłam przed moją najlepszą przyjaciółką, a zaraz koło mnie wyłoniła się starsza kobieta, która miała brązowe lekko kręcone włosy, kakaową cerę, pełne usta oraz niebieskie jak ocean oczy, które już miałam okazję zobaczyć u Li. Tylko te były bardziej intensywne, a zarazem wyblakłe i przemęczone. Rozmyślałam tak parę minut gdy nagle zobaczyłam jak Leyla rozmawia z Dylanem, a potem rusza gdzieś w głąb pomieszczenia co mnie już całkiem zbiło z tropu. Dlaczego to zrobiła? Po co? Przecież oni są niedoświadczeni i łatwo mogłybyśmy z tond uciec bez zbędnej wymiany dlatego czym prędzej wybrałam numer do Justina, a on odebrał już po pierwszym sygnale.
-Halo.- Usłyszałam zdenerwowany, a za razem spokojny głos Jusa.
-Justin to ja Jess słuchaj mam ważną wiadomość Leyla, żeby mnie ratować zrobiła wymianę ona za mnie, ale nie wiem dlaczego to zrobiła. – Wykrzyczałam na wstępie dość przyśpieszonym tempem, ale mam nadzieję, że jednak mnie zrozumiał i nie będę musiała powtarzać tego jeszcze raz.
-Rozumiem, a teraz najważniejsze więc się skup i słuchaj uważnie. Z jakim rodzajem mafii mamy do czynienia? I gdzie wy do cholery jesteście?.- Powiedział już trochę spokojniejszym, a za razem pewnym siebie głosem choć morze był wkurzony?. Nie znam go na tyle dobrze, żeby móc odróżnić jego zmianę głosu, czy charakteru.
-Po pierwsze nie tym tonem, po drugie to raczej nie jest mafia tylko jakaś niedoświadczona grupa, która najwyraźniej chce się popisać i po trzecie jesteśmy na Florydzie.- Wychrypiałam i usiadłam pod drzewem jak najdalej od budynku, a raczej jego ostatkami.
-Wiesz ile zajmie mi przeszukanie całej Florydy? Może wiesz, gdzie jesteś albo pamiętasz coś? Przypomnij sobie bo to jest teraz najistotniejsze.- Kiedy tylko to powiedział dało się usłyszeć jak jego głos całkowicie się zmienia, a tętno przyśpiesza i staje się nierówne.
-Wiem tylko tyle, że za znakiem jest polna droga, która prowadzi do tego budynku z resztą zobaczysz, gdzieś na jej środku czarnego Range Rovera. Muszę kończyć cześć.- Powiedziałam wszystko na jednym wdechu i zakończyłam rozmowę gdyż z prawej strony usłyszałam strzały oraz głośne krzyki więc czym prędzej się podniosłam i biegiem ruszyłam w głąb ciemnego lasu, który nie wyglądał zbyt przyjaźnie.

POV Justina


Już miałem wchodzić do pokoju, gdy nagle usłyszałem dźwięk mojej komórki, która jak na złość nie cichła, a wzmagała się co kilka sekund o dwa tony wyżej więc tak, żeby nie obudzić chłopaków wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni i odebrałem połączenie.
Halo.- Powiedziałem dosyć sucho, gdyż nie wiedziałem kto dzwoni.
- Justin to ja Jess słuchaj mam ważną wiadomość Leyla, żeby mnie ratować zrobiła wymianę ona za mnie, ale nie wiem dlaczego to zrobiła.- Usłyszałem zdenerwowany i pełen smutku głos, który mówił tak szybko jakby ktoś nastawił płytę na przewijanie ale na szczęście zrozumiałem o co chodzi i nie mogłem zrozumieć dlaczego to zrobiła? Po co? Dlaczego nam nic nie powiedziała przecież byśmy jej pomogli. Dopiero znalazłem odpowiedź na niektóre pytania, a już pojawiły się nowe bardziej trudniejsze, łatwiejsze sam nie wiem ale przecież to moje życie już od kilku lat i zdążyłem się pogodzić, że w cale nie jest łatwo.
-Rozumiem, a teraz najważniejsze więc się skup i słuchaj uważnie. Z jakim rodzajem mafii mamy do czynienia? I gdzie wy do cholery jesteście?.- Spytałem się choć nie do końca miałem pewność czy chcę to wiedzieć przecież może się okazać, że jest to grupa Dylana, a wtedy nie jestem wstanie nic zrobić. Wyglądają na niedoświadczonych ale tak naprawdę są groźniejsi od nas, a najgorsze jest to, że już od paru miesięcy chcemy ich zlikwidować ale mają znajomości i nie tak łatwo jest to zrobić. Zdążyłem już zanalizować jej każde słowo, a ona dalej nie odpowiedziała mi na pytanie więc już trochę wkurzony odchrząknąłem do telefonu i po niespełna minucie dostałem upragnioną odpowiedź.
-Po pierwsze nie tym tonem, po drugie to raczej nie jest mafia tylko jakaś niedoświadczona grupa, która najwyraźniej chce się popisać i po trzecie jesteśmy na Florydzie.- Ledwo wychrypiała co oznaczało, że jest zmęczona ale musi uciekać jeśli chce przeżyć, a wiecie dlaczego bo niestety moje przypuszczenia się potwierdziły. Idealnie opisała grupę Goneta i oni mają swoją siedzibę przy wjeździe na Florydę ale wolałem się upewnić więc ją oto spytałem.
-Wiesz ile zajmie mi przeszukanie całej Florydy? Może wiesz, gdzie jesteś albo pamiętasz coś? Przypomnij sobie bo to jest teraz najistotniejsze.- Warknąłem już trochę podirytowany jej zachowaniem i przysłuchiwałem się tego co ma do powiedzenia.
-Wiem tylko tyle, że za znakiem jest polna droga, która prowadzi do tego budynku z resztą zobaczysz, gdzieś na jej środku czarnego Range Rovera. Muszę kończyć cześć. –Kiedy mówiła dało się usłyszeć strzały i krzyk co świadczyło o tym, że Dylan Gonet zaczął polowanie, a jego celem jest właśnie Jessica. Nie myśląc o konsekwencjach swojego czynu wbiegłem do pokoju i z wielkiej szafy wyciągnąłem torbę awaryjną, gdzie znajdowała się najnowsza broń i sprzęt do namierzania. Wrzuciłem też parę potrzebnych rzeczy i w pośpiechu zdążyłem chwycić w dłonie srebrny kluczyk do swojego auta po czym zbiegłem po schodach do salonu , gdzie drogę zagrodzili mi chłopaki.
-Gdzie się wybierasz co?.- Spytał się Nat, a reszta posłała mi tylko chłodne spojrzenia i bardziej przybliżyli się do siebie w obawie, że może im się coś stać.
-Ratować Jess i Leyle, gdyż prawdopodobnie nie wiecie, ale Gonet i jego banda polują na twoją dziewczynę, a Li jest z nimi. Można powiedzieć, że do nich dołączyła.- Wykrzyczałem im prosto w zdziwione twarze i jednym ruchem wyminąłem ich, ale kiedy chciałem ponownie otworzyć drzwi poczułem na swoim nadgarstku silny uchwyt na co się odwróciłem i ujrzałem dość poważną minę Chrisa.
-Idę z Tobą.- Powiedziawszy to wyszedł na zewnątrz i wsiadł do auta.

________________________________________

Hejjj :*
Chciałabym wyjaśnić pewną kwestię. Pewnie już zauważyliście, że mama Leyli jednak żyje i ma się dobrze, a wcześniej było napisane, że zginęła w katastrofie lotniczej !! Otóż chodziło o rzekomą śmierć :D Dodałam już ją do bohaterów i tam znajdziecie dokładniejszy opis, a reszta oczywiście w dalszej historii. :D
Zapraszam do komentowania gdyż jest to dla mnie bardzo, bardzo ważne. Daje mi to nową motywację i wenę ;D
Miłego czytania skarby :*

Tagi: Brooklyn :*
09.08.2013 o godz. 14:44
Zastanawialiście się kiedyś jak chłopak odstający od reszty ludzi może kochać? Bo ja nie i to był chyba największy błąd jaki popełniłem w całym swoim życiu, a przeżyłem i widziałem już wiele, ale nigdy nie pomyślałem o tym, że mogę się w kimś zauroczyć, a co dopiero zakochać. Tyle miesięcy pracowałem na to aby zdusić w sobie wszystkie uczucia, pokonać słabości i stać się niezależnym co w tej pracy było na pierwszym miejscu. Zawsze traktowałem dziewczyny jak rękawiczki zmieniałem je co noc, a ona jest inna wyjątkowa. Ten charakter, uśmiech, styl, niebieskie jak ocean oczy, w które mógłbym wpatrywać się godzinami i nigdy by mi się nie znudziły. Pewnie zastanawiacie się jak osoba z sercem zimnym jak lód może mieć jakiekolwiek uczucia? Skoro zabijam ludzi i nie mam żadnych wyrzutów sumienia to jak mogę kochać? To pytanie wywołuje u mnie fale wspomnień, a wiecie dlaczego? Za nim dołączyłem do gangu ludzie wytykali mnie palcami mówiąc” Z tego chłopaka wyrośnie gangster. Trzymajcie się od niego z daleka.” albo” On jest niebezpieczny”. Na początku chciałem im pokazać, że się mylą, ale po jakimś czasie zrozumiałem, że to i tak nie ma sensu więc dołączyłem do gangu Nathana i wiecie co wam powiem nareszcie znalazłem prawdziwy dom, gdzie źli ludzie okazali się bardziej przyjaźni niż ci, których do tej pory poznałem. Zawsze byli przy mnie, kiedy ich potrzebowałem choć zabijali i robili nielegalne rzeczy to wiem, że wcale nie są źli, a wręcz przeciwnie. Moje intensywne myślenie przerwało głośne pukanie do drzwi co wcale mi się nie spodobało. Dzień w dzień robią to samo przychodzą pukają przez dwie minuty, a kiedy zdają sobie w końcu sprawę, że i tak im nie otworzę odchodzą i przychodzą następnego dnia tak już jest kiedy powiedzieli mi, że nie mogę brać udziału w poszukiwaniach. Od tamtej chwili nie opuszczam czterech pustych ścian swojego pokoju bo po co? Nie jem, nie piję, nie śpię tylko stoję przy oknie i wyczekuję jej powrotu. Jedyne co zmienia się w tym pomieszczeniu to ubrania na moim ciele i nic poza tym. Kolejny raz ktoś przerwał moje rozmyślania tylko, że tym razem pukanie wzmocniło się do walenia i krzyczenia ale czy mnie to ruszyło? Wcale.
-Bieber otwieraj te drzwi albo je wyważę.- Powiedział Chris z drugiej strony drzwi na co się ironicznie zaśmiałem i wróciłem do dalszego myślenia tylko, że tym razem o Leyli. Przecież nie mogła zapaść się pod ziemię, a jeśli coś jej zrobili. Muszę zacząć działać, a nie tylko użalać się nad sobą i słuchać tych idiotów, którzy za pewnie przez te parę dni nie zrobili nic pożytecznego, a wręcz przeciwnie. Kiedy skończył się dzień, a nadeszła noc po raz pierwszy od tych kilku dni wyszedłem z swojego pokoju po czym wolnym krokiem skierowałem się ku sypialni Li. Otworzyłem drzwi i po cichu wszedłem do pomieszczenia zamykając je za sobą. Wszedłem bardziej w głąb pokoju i zacząłem przeszukiwać wszystkie szafki, półki dosłownie wszystko aż natknąłem się na zrzucony z komody tablet, który o dziwo był włączony więc zajrzałem w historię i zobaczyłem coś czego w życiu bym się nie spodziewał. Na pierwszej stronie widniały linie lotnicze więc pomyślałem, że Leyla może ostatnio rezerwowała jakiś bilet. Z moimi postanowieniami zajrzałem na wcześniej wymienioną stronę i jak się okazało ostatni bilet był zarezerwowany cztery dni temu czyli w dzień zniknięcia Li, a jak się domyślam celem podróży była Floryda tylko czego akurat tam? Dlaczego nic nam nie powiedziała o podróży?. Z każdym dniem mam coraz więcej pytań i coraz mniej odpowiedzi. Kurwa o co w tym wszystkim chodzi?. Już miałem wchodzić do swojego pokoju, gdy nagle...

POV Leyli


Kiedy tylko wysiadłam z samolotu poczułam jak moją twarz owiał ciepły podmuch wiatru. Nie żebym nie lubiła ciepła bo lubię ale za gorącem nie przepadam więc szybkim krokiem ruszyłem ku cholowi gdzie można było poczuć choć trochę ulgi. Odbierając swój bagaż zadzwoniłam do wypożyczalni samochodów aby dostarczyli mi czarnego Range Rovera na parking obok lotniska, a ja go odbiorę i zapłacę na miejscu. Powoli ruszyłam w wyznaczone miejsce, gdzie stało już „moje” cudeńko.
Powoli wyjechałam autem na drogę, gdzie skierowałam się ku wyjazdowi lub wjazdowi do Florydy jak kto woli. Co ja do cholery mówię? Za miast skupić się na drodze i znakach gadam jakieś bzdury, które nikogo nie obchodzą. Bo kto normalny zastanawiałby się nad wjazdem i wyjazdem z danego kraju?. Dobra koniec tego czas najwyższy wypróbować sprzęt i odnaleźć Jessice, która przez telefon mówiła o znaku i polnej drodze gdzieś za nim. Kiedy byłam prawie przy wyjeździe zwolniłam aby móc trochę się rozejrzeć oraz wpisać dane do komputera o, którym nie raz już wspomniałam i po chwili otrzymałam potrzebne mi informację i lokalizację terenu o zasięgu 100 km. Nie powiem ale sprzęt działał jak należy jednym słowem nie miałam jakichkolwiek zastrzeżeń co do jego działania. Po minięciu zakrętu zobaczyłam drogę, która była podobna, a właściwie taka sama jak w opisie Jess więc przyśpieszyłam i z piskiem opon skręciłam w boczną drużkę. Jechałam tak z dobre 10 minut i nic podejrzanego nie zauważyłam z wyjątkiem lasów i krzaków, które rosły przy bocznej dróżce co znacznie utrudniało mi dalszą jazdę. Próbowałam jeszcze się jakoś przedostać ale na marne więc wyłączyłam silnik po czym wysiadłam z auta i ruszyłam w dalszą drogę. Wcześniej nie zastanawiałam się nad tym co zrobię, kiedy ją znajdę ale wiem jedno nie mogę się poddać. Nie po tym co musiała przejść Jessica. Wiem, że nie wiele o niej wiecie ale Jess jest bardzo skryta i jeśli chcielibyście ją poznać tak dogłębniej to nie powie wam nic oprócz rzeczy podstawowych. Imię, nazwisko i wiek więcej dla niej się nie liczy bo uważa, że ludzi to nie obchodzi. Nie obchodzi ich to jak się czujesz, co cię interesuje po prostu podchodzą i pytają się jak u ciebie? Ale powiedzmy szczerze obchodzi ich to? Nic, a nic bo ludzie to pieprzeni materialiści dla, których liczą się tylko pieniądze, sex i wygląd, a może warto na chwilę się zatrzymać i spojrzeć na otaczający nas świat, na ludzi, których ranimy. Pewnie zastanawiacie się teraz jak taka osoba jak ja może was pouczać skoro postępuje tak samo albo jeszcze gorzej. Sama jestem egoistką bez serca ale czasami zdarzy mi się pokazać choć odrobinę skruchy, a jeśli już się za coś zabiorę to robię to do końca najlepiej jak potrafię, a jeśli coś obiecam to zawsze dotrzymuję słowa choć bym miała dopiero spełnić daną obietnicę dzień przed śmiercią. Myślałam tak jeszcze chwilę, gdy nagle z prawej strony zobaczyłam wielki obskurny szary budynek, który najwidoczniej nie był używany od bardzo dawna. Był opuszczony choć nie do końca gdyż z przodu można było usłyszeć śmiechy i krzyki ale nie należały one do dzieci, a wręcz przeciwnie do dorosłych ludzi. Pierwsza myśl, która przychodziła mi do głowy to, to, że jadąc na imprezę czy wracający z niej napici gówniarze zatrzymali się właśnie tutaj ale szybko odrzuciłam te spekulacje, kiedy zobaczyłam u jednego z nich broń i to nie byle jaką, a najnowszej generacji. Chcąc nie chcąc musiałam sprawdzić, a raczej przeszukać wszystkie pomieszczenia gdyż mogła być tu przetrzymywana Jessica ale z tym musiałam zaczekać do nocy aby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Tak myślałam do tej chwili i zmieniłam zdanie nie chciałam aby ze mnie zostały tylko strzępki lub prochy, a wiecie dlaczego? Bo w moim życiu pojawiła się osoba właściwie dwie, które znaczą dla mnie wiele zbyt wiele by je zostawić ni skazać na męczarnie jaką pewnie w tej chwili znosi Justin. Tak dobrze myślicie zamiast kombinować jak uratować moją najlepszą przyjaciółkę to martwię się o Jusa. Coś jest ze mną nie tak. Nie myślę racjonalnie, a to wszystko przez niego, kiedy pojawił się pierwszy raz na wyścigach coś we mnie pękło jakby moja dawna ja chciała wyjść na powierzchnię ale coś jej nie pozwala i to mnie w pewien sposób cieszy. Moje myślenie tak mnie pochłonęło, że nawet nie wiem, kiedy znalazłam się koło „swojego” auta więc jednym zwinny ruchem otworzyłam drzwi samochodu po czym wyciągnęłam z bagażnika nowy zestaw ubrań tym razem ciemniejszy żeby móc dopasować się do ciemności jaka panowała na niebie i wokoło mnie. W pełni gotowa ruszyłam truchtem do wcześniej wspomnianego budynku, gdzie tym razem czekała na mnie niespodzianka w postaci trzech dużych terenowych samochodów oraz ludzi. Będzie trudno się przedostać ale co to dla mnie. Już miałam pokonać odcinek dzielący mnie od tej zardzewiałej nory ale jeszcze tak na wszelki wypadek rozglądnęłam się na boki i dopiero ruszyłam. Kiedy byłam już blisko ściany szczytowej zobaczyłam na jej dolnej części otwartą szybę przez, którą mogłabym się przecisnąć i wejść do środka, a więc tak jak pomyślałam tak też zrobiłam. Ślizgiem wjechałam do środka i najdelikatniej jak tylko mogłam wylądowałam na nogach co mnie trochę zabolało gdyż było dużo wyżej niż się tego spodziewałam. Podniosłam się z zimnej podłogi i ruszyłam w głąb domu, ale kiedy wchodziłam po schodach usłyszałam ciche jęczenie i pojękiwanie gdzieś z lewej strony. Przesunęłam się jeszcze trochę i doskonale usłyszałam krzyki, westchnięcia, ból, który przeszywał moje ciało choć nie zadawany był mi, a komuś za ścianą. Nie znałam tej osoby, nie wiedziałam co takiego zrobiła, że tak strasznie musi teraz cierpieć ale skoro już tu jestem to pomogę i temu komuś. Dokładnie zaczęłam przeszukiwać kawałek brudnej ściany aż natknęłam się na metalową rączkę lub gałkę sama nie wiem. Mniejsza z tym przekręciłam ją do siebie, a one z lekkim skrzypnięciem uchyliły się więc widziałam cząstkę tego co tam się działo. Nagie dziewczyny, rury, skąpe stroje, a co jest najgorszego w tym wszystkim, że im się to podoba. Skąd to wiem? Proste ich miny wyrażają wszystko za siebie. Jednym słowem zwykły burdel. Już miałam się wycofywać gdy z przeciwnej strony otworzyły się drzwi z głośnym hukiem, a do pokoju została wciągnięta…

Tagi: Brooklyn :*
24.06.2013 o godz. 14:39

Przypuśćmy że po kolejnym dniu wyzwisk ze strony kolegów postanawiasz ze sobą skończyć. Nie myślisz o rodzinie, nie myślisz o dalszym życiu, nie ma już dla ciebie przyszłości. Idziesz do pokoju, rozwalasz temperówkę i przykładasz ją z całych sił do żył. Zaciskasz powieki i marszczysz czoło. Czekasz na odwagę która miała ci pomóc, ale zamiast tego w twojej głowie pojawia się obraz małego Justina. Ma może pięć lat. Uśmiecha się do ciebie i z jego ruchu warg odczytujesz że idzie sprzątać. Sprzątać? Powinien powiedzieć że idzie odśnieżać prawda? "Co sprzątać?'' zapytał głos kobiety, który rozniósł się echem po twojej głowie.
"Problemy" odpowiedział Justin i po chwili znikł.
Następnie pojawił się nastoletni Justin. Grał na gitarze. Patrzył prosto w twoje oczy, jakby były one kamerą. Tym razem się nie uśmiechał.
- Zostań - wyszeptał a z jego oka popłynęła łza.
Zanim zdążyłaś cokolwiek powiedzieć, obraz ponownie znikł.
Twoje serce przyspieszyło. Przed twoimi zamkniętymi oczami pojawił się 19latek. Stał i uważnie przyglądał ci się bez ruchu.
- Justin - twoje oczy mimo że były zamknięte, w twojej głowie były wysoko rozszerzone i przyglądały się chłopakowi.
- Odłóż to - wskazał na żyletkę która dotykała twojej skóry.
- Dlaczego? Nie ma cie tu przy mnie.
- Jesteś pewna? - po tych słowach znikł.
Opuściłaś głowę w dół i głęboko odetchnęłaś.Nie chciałaś otwierać oczu. Tu było lepiej prawda?
- Tak jestem pewna - wyszeptałaś wybuchając jeszcze większym płaczem.
- To się mylisz - rozniosło się echo po twojej głowie, a na swojej ręce poczułaś ciepły dotyk.
Odwróciłaś się i zobaczyłaś z bliska znane ci tylko z plakatów czekoladowe oczy które cię obserwowały.
- Zawsze jestem z tobą - powiedział głosem który przeszedł przez całe twoje ciało.
Zacisnęłaś mocno wargi i wyrzuciłaś żyletkę na bok. Justin mocno cię przytulił, a ty to odwzajemniłaś.
- Na zawsze - echo w twojej głowie powtórzyło jeszcze kilka razy te słowa. Otworzyłaś oczy, tak bardzo chciałaś żeby to wszystko było prawdą. Klęczałaś na kolanach przytulając zimne powietrze, które wlatywało przez otwarte okno. Wcześniej było zamknięte i dobrze o tym wiedziałaś. Wstałaś i wychyliłaś przez nie głowę.
- Obiecuje Justin - wyrzuciłaś żyletkę która leżała na ziemi i popatrzyłaś w jasne niebo. Wyglądało jakby chmury były otwarte a teraz się zamykały, a blask słońca który wydobywał się z pomiędzy nich, padał na twoją twarz. Justin to twój anioł. Justin kocha cię ponad wszystko. Dla Justina jesteś najważniejsza na świecie. Justin jest z tobą.

________________________________________


Hejjj :*
Często mówią, że na Justinie nie można polegać, że jest nie odpowiedzialny, że powinno się go zamknąć, że nie jest wzorem do naśladowania. Nie wierzę to !! Każdy ma swoje wady i zalety. Każdy jest człowiekiem z uczuciami. Jus znosi wiele, zbyt wiele a to wszystko dla nas. Czy kiedykolwiek jakaś Beliebers się na nim zawiodła ??
Myślę, że nie. Przynajmniej ja nadal go szanuję i w pewnym stopniu rozumiem. Dajmy mu wsparcie, tak jak on daje je nam.
# Forever Beliebers <3
Tagi: Brooklyn :*
13.06.2013 o godz. 20:30
DZIEŃ 1.
Leżałaś na łóżku i kątem oka spoglądałaś w telewizor w którym aż huczało o "skandalach Justina". Transmisja leciała na żywo i właśnie w tej chwili pokazywali go na ekranie.
Justin był smutny. Zmęczony. Biegł skulony do samochodu. Nie dali mu odjechać. Krzyczałaś do telewizora żeby go zostawili, ale to nic nie dało. Dziennikarze obtoczyli jego auto i robili setki zdjęć.
Justin westchnął i oparł głowę o siedzenie. Widziałaś że ma dość. Gdybyś tam tylko była to pozabijałabyś każdego kto stanął by ci na drodze.
Nagle lunął deszcz. Nie tylko w kraju w którym był Justin. U ciebie także. W tym samym momencie.
Aparaty dziennikarzy zaczynały moknąć i lekko się zacinać, więc uciekli do środka hotelu przy którym stali.
Justin odjechał.

DZIEŃ 2.
Rano obudził cię deszcz. Padał bez przerwy. Sięgnęłaś po telefon, który leżał obok twojej głowy i weszłaś na twittera. Justin dodał akurat nowy wpis. "Beliebers....ja już nie daje rady" i wyszedł.

DZIEŃ 3.
Po południu włączyłaś telewizor. Jak zwykle o tej porze leciały wiadomości.
"Na całym świecie od dwóch dni leje deszcz. Jeśli tak dalej pójdzie, czekają nas wielkie powodzie."

DZIEŃ 4
Wyszła nowa piosenka Justina.
Usiadłaś na parapecie, zamknęłaś okna i ją włączyłaś aby zagłuszyć dźwięk deszczu, który nie ustępował.
"Pada deszcz bo płacze bóg,
muszę odejść, muszę wrócić tam znów"
- taki był jej refren.
Weszłaś na twittera, i zauważyłaś tylko falę radości. Każdy cieszył się z nowej piosenki, jakby nie słyszał że jej tempo jest wolne, a głos Justina w pewnych momentach się załamuje.
"Naprawdę nie widzicie co sie dzieje?" - napisałaś i znów wyszłaś.

DZIEŃ 5
Nadal pada. Zalało kilka miast.
Justin napisał na twitterze "Beliebers, ktoś mnie woła."

DZIEŃ 6
Znów media. Tweet że ktoś wzywa Justina trafił na każde okładki, z nagłówkiem że ma przesłuchy i stał się ćpunem.
Nadal pada. Wsłuchiwałaś się w dźwięk kropel, które uderzały o parapet i przy pomocy nucenia odtworzyłaś piosenkę Justina "Everythings Gonna Be Alright".

Dzień 7.
Usiadłaś w kuchni i włączyłaś telewizor. Znowu wiadomości.
"Dzisiejszy program rozpoczniemy od tragicznej wiadomości. Bardzo współczujemy fanom i rodzinie. Justin Bieber właśnie popełnił samobójstwo..."
Właśnie przestał padać deszcz.

________________________________________

Hejj :* :*
Natknęłam się na tą małą historyjkę i, kiedy zaczęłam czytać pomyślałam sobie o Justinie. O tym jak dziennikarze nękają go codziennie. Nie dają mu spokoju. Moim zdaniem to chore. Wiem, że to ich praca ale niech zdają sobie sprawę, że niszczą człowieka. # Płacze. To zbyt przykre :(
10.06.2013 o godz. 17:26
Kiedy tylko wszedł do pomieszczenia na jego twarzy malowała się złość, a my wyczekująco patrzyliśmy na niego i już miał się odezwać, kiedy tym razem przerwała moja komórka, która nieustannie dzwoniła, a osoba po drugiej stronie nie chciała najwyraźniej odpuścić więc z wielką niechęcią wyciągnęłam ją z kieszeni spodni i naciskając zieloną słuchawkę przyłożyłam do ucha. Na początku nikt się nie odzywał, ale wiedziałam, że ktoś jednak jest po drugiej stronie co można było wywnioskować z ciężkiego oddechu.
-Halo
-Jak dobrze, że odebrałaś. Musisz mi pomóc proszę.- Usłyszałam jak jej głos się załamuje i cichy szloch co było w ogóle do niej nie podobne. Zawsze była twarda nawet, gdy w jej życiu wszystko się waliło była nieugięta. Nigdy też nie słyszałam ani nie widziałam jak płacze więc musiało stać się coś złego. Zaniepokojona zachowaniem Jess przeprosiłam chłopaków na chwilę i szybkim krokiem ruszyłam ku pokojowi. Kiedy już się w nim znalazłam z powrotem zaczęłam rozmowę.
-Jessica co się stało? Gdzie jesteś?.-Wykrzyczałam do telefonu coraz bardziej się martwiąc.
-Nie wiem jak to się stało. Oni podeszli mnie z zaskoczenia próbowałam się bronić ale ich było więcej i byli silniejsi. Nie dałam rady.- Wychlipała tak, że ledwo usłyszałam co powiedziała.
-Nic się nie stało ważne, że tobie nic nie jest. Powiedz gdzie jesteś?
-Nie wiem. Pamiętam tylko, że po drodze mijaliśmy znak z napisem Floryda i zjechaliśmy w jakąś polną drogę potem zasnęłam, a kiedy się obudziłam byłam już w tej ciemnej piwnicy. Nie wierzę, że to mówię, ale boję się.-Powiedziała i kiedy chciała coś jeszcze mi przekazać usłyszałam jak do pomieszczenia ktoś wchodzi i najwyraźniej próbował ją uderzyć. – Trzymaj się za niedługo znów będziesz bezpieczna.- Zdołałam tylko tyle wypowiedzieć za nim połączenie zostało zerwane. Wstałam z łóżka i w pośpiechu zaczęłam pakować najpotrzebniejsze rzeczy do walizki. Kiedy byłam już spakowana zgarnęłam z komody nowy zestaw i wędrując do łazienki złapałam za tablet aby przy okazji zamówić bilet na Florydę. Kiedy i to było już załatwione weszłam do kabiny, gdzie mogłam choć trochę się rozluźnić i zrelaksować. W pełni gotowa tak aby nikt mnie nie zauważył zeszłam po schodach i wsiadając do auta odjechałam najciszej jak się tylko dało. Po godzinie jazdy samochodem dotarłam na lotnisko po czym wysiadłszy z mojego cudeńka zabrałam z bagażnika walizkę i szybkim krokiem ruszyłam ku wielkiemu budynkowi zrobionemu w całości ze szkła. Kiedy tylko przekroczyłam szklane drzwi budynku usłyszałam komunikat prosimy pasażerów lotu 315 na Florydę o udanie się do odprawy. W szybkim tempie zaczęłam przedzierać się przez ludzi, aż w końcu dotarłam do upragnionego celu i już po chwili siedziałam w wielkim mechanicznym ptaku, który był moim jedynym ratunkiem właściwie nie moim, a Jess. Jak na złość droga dłużyła się nie miłosiernie, a ja czułam się jak bym siedziała na szpilkach i zaraz miała eksplodować. Moje myśli były teraz zaprzątnięte tym co przekazała mi Jessica oraz , gdzie może znajdować się opisane przez nią miejsce, a co najważniejsze co z nią? Czy nic jej nie zrobili? Czy przypadkiem już się nie przenieśli w inne miejsce?. Tak bardzo chciałam znać na te wszystkie pytania odpowiedzi, ale przecież jestem tylko człowiekiem trochę odstającym od reszty ludzi, ale człowiekiem. Nic na to nie poradzę, ale jedno wiem na pewno nigdy ale to nigdy się nie poddam choćby nie wiem co i znajdę moją przyjaciółkę szybciej niż się tego spodziewają. Obiecuję.

POV Justina


Trwaliśmy tak w uścisku patrząc wyczekująco na Nathana chciałem już dowiedzieć się o co chodzi, ale przerwał mu dzwoniący telefon tym razem Leyli. Na początku próbowała go ignorować, ale ktoś był tak natrętny, że w końcu odebrała. Chwilę nic się nie odzywała, lecz po paru minutach jej twarz pobladła i najszybciej jak się dało weszła po schodach jak mniemam do swojego pokoju skąd mogłem, a właściwie mogliśmy usłyszeć krzyk. Zerwałem się z kanapy jak poparzony i już chciałem do niej pobiec, gdy Brunce złapał mnie za rękę i karcąco pokręcił głową.
-Stary opanuj się to tylko zwykła laska.
-Może dla ciebie, ale dal mnie jest kimś wyjątkowym.- Mówiąc to z powrotem usiadłem na sofie i zacząłem słuchać tego co miał nam do powiedzenia Nat.
-Słuchajcie dzwonił nasz informator i powiedział, że szykuje się zamach na nasz stary magazyn, gdzie jak się okazało przetrzymywany jest jeden z kamiennych twarzy. Raz, ale to raz zgodziłem się im pomóc dlatego musimy go uratować inaczej będziemy mieli przerąbane, a teraz jazda nie mamy za wiele czasu. Na te słowa każdy ruszył się z swojego miejsca i popędził do piwnicy, gdzie leżała broń. Złapałem za pierwszą lepszą z brzegu po czym wyszedłem z pomieszczenia i wychodząc z domu zabrałem jeszcze skórzaną kurtkę i już byłem gotowy. Siedząc tak w samochodzie myślałem tylko i wyłącznie o Li. Czy przypadkiem nic jej się nie stało? Dlaczego krzyczała?, a szczególnie nie dawała mi spokoju jedna myśl dlaczego nikt się tym nie przejął? Nawet Nathan olał całą sprawę bo dla niego ważniejsza była misja i swój tyłek. Choć dobrze wiedziałem, że sobie poradzi to nie dopuszczałem myśli, że coś mogłoby się jej stać. Nie wybaczyłbym sobie tego. Byłem tak pochłonięty myśleniem o niej, że nie zauważyłem nawet, że jesteśmy już na miejscu więc bez wahania wysiadłem z samochodu i zabierając masywną broń z rąk Josha ustawiłem się na wskazanym przez Chrisa miejscu. Kiedy każdy zajął swoje stanowisko czekałem na znak od Nathana, że można już zaczynać lecz on nie nadchodził. Odwróciłem się w stronę Brunca i skinieniem głowy zapytałem o co chodzi, ale i on nie wiedział dlaczego aż tak długo zwleka z wydaniem jednego rozkazu. Wycofałem się do tyłu i sprytnie pokonując ostatnie milimetry znalazłem się w miejscu, w którym powinien być Nat, ale ku mojemu zdziwieniu wcale go tam nie było. Wkurwiony wyjąłem ze spodni komórkę i wybierając numer Chrisa przyłożyłem urządzenie do ucha.
-Co do cholery się tutaj dzieje?.- Wydarłem się, kiedy tylko odebrał swoją komórkę.
-O co ci chodzi Bieber?.- Spytał się przyciszonym głosem.
-O to czemu Nathana nie ma na swoim miejscu. Gdzie on w ogóle jest? Wiedziałem, że coś musi się spieprzyć żebyście nauczyli się działać razem, a nie na swoją rękę. Do póki się nie znajdzie ja tutaj rządzę zrozumiano?.- Warknąłem i nawet nie czekając na odpowiedź rozłączyłem się rzucając pod nosem wiązankę przekleństw. Podniosłem rękę do góry i dając tak wyczekiwane pozwolenie ruszyliśmy w głąb ciemnego zaułka, gdzie znajdował się rozpadający budynek. Poczekałem jeszcze chwilę i wszedłem w pierwszy budynek od lewej. Przeszedłem przez wąski korytarz i zszedłem po stromych kręconych schodach na sam dół, gdzie ku mojemu zaskoczeniu nie znalazłem nikogo z kamiennych twarzy, ale za to na krzesełku siedział cały zakrwawiony Nathan. Wyglądał jakby siedział już tu z dobre parę tygodni, a nie na dopiero co schwytanego. Coś mi się tu nie zgadzało skoro on jest tu to gdzie do jasnej cholery jest ten drugi. Bez chwili zastanowienia podszedłem do Nata i jednym zwinnym ruchem rozciąłem nożem gruby sznur i kiedy miałem już go z tond wynieść usłyszałem strzały, które nasilały się z każdym moim oddechem. Przerzuciłem go sobie przez ramię i chowając się w jakimś ciemnym kącie czekałem aż obiekt ustawi się na wprost mnie tak żebym miał jak najlepsze dojście do rywala. Stałem tak zaczajony, kiedy drzwi się otworzyły i pojawili się w nich ci trzej durnie. Wyszedłem za ściany i podchodząc do nich pokręciłem z niedowierzeniem głową.
-Jednego tutaj nie pojmuję. Skoro tutaj było zaledwie dwóch chłopaków to gdzie reszta? A najważniejsze jest to, że znalazłem Nathana związanego, zakrwawionego ale przytomnego no do połowy przytomnego.- Powiedziałem to i podszedłem do leżącego na podłodze Nata. Pomogłem mu wstać i z powrotem usiąść na krześle. Chwilę tak siedział i kiedy już doszedł do siebie zaczął mówić.
- To zasadzka, a Leyla i Jessica są w niebezpieczeństwie.- Kiedy tylko to usłyszałem moje ręce zacisnęły się w pięści. Nie wierzę w to po prostu nie wierzę. Zerwałem się i biegiem ruszyłem ku wyjściu, ale kiedy byłem już blisko schodów usłyszałem nawoływanie Chrisa.
-Justin czekaj idę z tobą.
-Niby po co? Sam sobie poradzę.- Syknąłem odwracając się w jego stronę. Był przygnębiony, smutny, a na jego zaczerwienionych policzkach widniały krople łez. Co ze mnie za gamoń przecież on kocha Jess nad życie i na pewno się o nią martwi, a ja go jeszcze bardziej dołuję. Biegiem pokonałem ostatnie parę zakrętów i wybiegając z obszernego budynku wbiegłem prosto na siedzenie kierowcy. Jeszcze chwilę poczekałem na Chrisa i z piskiem opon ruszyłem ku naszej willi. Jechałem bardzo szybko co pokazywał mi licznik w samochodzie, ale dla mnie w tej chwili nie liczyło się nic innego tylko jak najszybsze dotarcie do celu. Nagle w głowie pojawiła mi się pewna myśl, a co jeśli w domu jej nie ma?. Przeanalizowałem całą dzisiejszą noc i po paru minutach skojarzyłem ze sobą wszystkie fakty. Dzwoniący telefon, jej pobladła mina, krzyk, który mogliśmy usłyszeć na dole. Na pewno coś jej się stało, a to wszystko prze ze mnie bo posłuchałem się ich absurdalnej gadaniny. Myśląc tak docisnąłem jeszcze mocniej pedał gazu i po nie całych 10 minutach byliśmy na miejscu. Wysiadłem z auta i jak strzała wbiegłem do domu rozglądając się na wszystkie strony. Szukałem jej dobre 20 minut i nie mogłem w to uwierzyć. Nie mogłem wyobrazić sobie co musi teraz przechodzić, co myśleć. Załamany usiadłem na białej, skórzanej sofie i chowając głowę w ręce myślałem, gdzie mogli ją zabrać?
-Nie martw się znajdziemy je obie całe i zdrowe.- Usłyszałem za sobą cichy szept swojego najlepszego przyjaciela i już wiedziałem, że mogę liczyć na jego wsparcie.

________________________________________

Hejj :*
Chciałabym was przeprosić, że rozdział został dodany z tak dużym opóźnieniem. Wiem, że jest strasznie króciutki i denny, ale obiecuję, że dalsza część będzie ciekawsza :D
Zapraszam do komentowania gdyż wiele to dla mnie znaczy i bardzo, ale to bardzo motywuje.
Miłego czytania skarby :* :*

Tagi: Brooklyn :*
10.06.2013 o godz. 17:02
savanahbraun
Dangerous Love
Skąd: California Los Angeles
O mnie: Jestem Belieber i jestem z TEGO DUMNA:) "Nie ważne jak jest ciężko, wszystko będzie dobrze. Uwierzcie w siebie. Możecie zrobić wszystko, jeśli będzie to wasza decyzja"
statystyki
sekcja użytkownika
http://2.bp.blogspot.com/-9uM0WSFM-E0/U2CGeY-KDzI/AAAAAAAAB0k/roF5yJmnsYM/s1600/n6h6.png